S-to-Play: Yeti Hunter

Mam znajomą, bardzo sympatyczną dziewczynę, artystkę. I, choć może nie znam jej aż tak dobrze jakbym znać chciał (;)), to, po przemyśleniu, sądzę że prezentowana dzisiaj gra bardzo by się jej spodobała. Wróć. Raczej nie tyle gra jako gra, co gra jako, z braku lepszego określenia, specyficzna forma specyficznej sztuki. Panie, Panowie, oto Yeti Hunter. Gra czy sztu-ka dla sztu-ki? Trudno powiedzieć.

By nie było, że Skryba taki "endo", "egzo" czy "egali" -coś-tam-coś-tam, a.k.a. że niżej podpisany lubuje się grywać w gry "totalnie inne". Niespecjalnie, szczerze mówiąc ;). Tę "przypadłość" (granie w "inne gry") mam ja, proszę ja Was, chyba tylko jeśli idzie o "erpegowe sprawy". Jeśli zaś idzie o gry komputerowe, cóż, stara konserwa ze mnie, zaś o tym, że jestem w tyle niech świadczy chociażby fakt, iż mą jedyną "konsolą" w domu jest... poczciwy PieC, którego wykorzystuję przede wszystkim do pisania i pracy. Źle ze mną ;).

Niemniej, przeglądając blogi, nie mogłem nie dostrzec tej notki, imć Noobirusa, posiadającego kilka blogów.

Po kilku chwilach wahania (bo NSFW ;)!), pobrałem grę. Niewiele waży, tak swoją drogą. "Całe" ~5 MB.

Nie wiem jak Wy, ale ja, po przeczytaniu tytułu gry, nie spodziewałem się niczego innego niż, no właśnie, polowania na Wielką Stopę (pomijam, czy istnieje czy nie). Grafika pixel-art wydawała mi się znośna (lepsza w każdym bądź razie od Judith) i, patrząc na wstęp, urzekająca prostotą. Niepokoił dorzucony plik Read Me (co tak się na mnie patrzycie? - ja naprawdę je czytam ;P), składający się z... erm... może lepiej sam to tutaj Wam przekopiuję, byście sami mogli zobaczyć:

- - -

YETI HUNTER
a Vlambeer game about hunting yetis
music by Kozilek

CONTROLS:
mouse to look
wasd to move
rmb to scope
lmb to shoot

shift to run
control to duck/climb down trees
walk up a tree to climb it

r restarts

- - -

... "sporo" tego. Zachęcony minimalnym prepem do gry, odpaliłem owo "cuś". I zdębiałem. Początkowo, przez parę sekund, oczekiwałem na pojawienie się jakiegoś menu. Wziąłem owe czerwone kwadraty za, no nie wiem, ekran tła, na którym za chwilę pojawi się jakiś "new game" czy inna, podobna rzecz. Gdy czekanie trochę mnie znużyło, poruszyłem myszkę. I, niespodzianka, okazało się, że przez cały czas byłem we właściwej grze. Zaś owe czerwone kwadraty, były, najwyraźniej, krwią na śniegu. Oki, "kupiliście mnie" ;).

Przetestowałem trochę poruszanie, wspiąłem się na drzewo, przekicałem obok krzaczka. Pobawiłem się trochę z lunetą, choć strzału nie oddałem. Zamiast tego, rozejrzałem się dookoła swojej postaci (gra to FPS, wszystko widzimy "z oczu" postaci). I, erm, lekko zwątpiłem. Sądzę, że gdybym zgubił się kiedykolwiek w "ruskiej tundrze", miałbym podobne odczucie niepewności co w przypadku Yeti Hunter. Dookoła drzewa, krzaczki, prószący śnieg i ograniczająca widoczność mgła. I tak jest, dosłownie, wszędzie dookoła.

Jedno wielkie i przeciągłe "hm..." później postanowiłem iść, plus minus, na wschód (nie, w grze nie ma kompasu, nie pytajcie mnie jak ustaliłem ten kierunek, bo go nie ustaliłem ;P). Raz na jakiś czas przystawałem i rozglądałem się, czy to przez lunetę, czy to przez własne "oczka". Ni-chu-chu Yeti so far. Cóż, przynajmniej muzyczka jest fajna, relaksuje i, choć oczywiście pętli się, jest znośna, nie przeszkadza w grze. Poza tym, o czym miałem się za chwilę przekonać, muzyka odlicza też czas.

Czas do zmierzchu. Przyznam, gdy gra na moment "przycięła", już myślałem, że za chwilę wyskoczy na mnie coś, na co - teoretycznie - w tej grze poluję. Ale, nie. Okazało się, że gra "wgrała" motyw muzyczny na inny. Po czym, od razu, bez takich bzdur jak "romantyczny zachód słońca", zapadła... ciemność. Zasięg wzroku, o bogowie, zmniejszył się jeszcze bardziej, zaś nowy, mroczniejszy motyw, w takich warunkach, niespecjalnie przypadł mi do gustu ;). Najgorsze było to, że, chyba, się zgubiłem.

Wcześniej dreptałem, plus minus, w jedna stronę (załóżmy, że rzeczywiście był to wschód). Teraz? Ech...

Podjąłem jednak marsz. Nie powiem, gra wiele zyskuje na klimacie, gdy wokół ciebie egipskie ciemności. Dostrzec w nich cokolwiek = mordęga. W dodatku, kurczę, nie wiadomo nawet JAK wygląda ten Yeti, więc skąd pewność, że ten, wyłaniający się z krzaków rozpikselizowany bit "czegoś", nie jest właśnie w/w Wielką Stopą. Zaraz po tym naszła mnie też myśl, że może tytuł gry Autor wymyślił dla makabrycznego żartu, i że to niekoniecznie Yeti jest tym, na co się w niej poluje. Tylko nasza postać.

Ale, zaraz! Dostrzegłem coś! Tak, to nie przypominało niczego, z czym wcześniej się w tej grze zetknąłem. W dodatku, cóż, nie miałem omamów = to "coś" najwyraźniej przede mną zwiewało. Ach! Chwyciłem za strzelbę i... i tu wyszła ma, zaprawiona w bojach w Enemy Territory, snajperska natura. Zamiast, chamsko bo chamsko, ale przynajmniej skutecznie, strzelać bez opamiętania... przystanąłem i chciałem wycelować head-shota z widoku lunety. To był błąd, strzał oddałem, raczej na chybił trafił, prosto w ciemność.

Miałem jednak nadzieję, że przynajmniej trafiłem w ciało, wybredny nie jestem ;).

W tym momencie nadszedł nowy dzień, więc, nie ociągając się, obrałem kierunek w stronę, w którą nocą zamigotała mi, naprawdę wielka, sylwetka. Nie wiem na co liczyłem. Na ciało? Ślad krwi? Dowód, że jednak "stare nawyki" z ET się przydają? Heh. Jakakolwiek była ma nadzieja na nowe trofeum na ścianie... minęła jak ten sen złoty. Żadnego ciała, żadnej krwi, niczego, co by wskazywało na to, że Yeti tu był, i że "nocne przeżycie", nie było tylko wytworem mojej, ponoć wybujałej, wyobraźni.

Zagrałem jeszcze kilka partyjek - ale nie miałem nawet tyle szczęścia, aby ów Yeti znów się gdzieś pojawił. Trochę rozczarowany (gra w żaden sposób nie ułatwia "poszukiwań", wnioskuję więc, że decyduje o tym czysty przypadek), odpaliłem przeglądarkę i wklepałem: "how to hunt yeti in yeti hunter", licząc, skrycie, na jakikolwiek film instruktażowy. Znalazłem jednak coś innego. Kilka recenzji, w których ludzie dzielą się swymi wrażeniami z, hm, gry. I, cóż. Ci goście rzucili tym samym pytaniem, które rzuciłem ja...

"Is there a yeti at all?" ("Czy w tej grze w ogóle jest yeti?") - dopóki, oczywiście, sam na niego nie wpadłem.

W dodatku, jeden z komentujących zwrócił uwagę na jedną rzecz:

"The first time I shot it, and it seemed to just vanish. I figured that I’d just lost the stupid thing, so I kept looking for one. I found another at night, then chased the thing into daylight, shot it, and the same thing happened. Can you actually kill it and finish the game?", co, w dość wolnym tłumaczeniu (długo niczego nie tłumaczyłem, mam w tym jednak swój powód, niestety):

"Pierwszy raz [w nocy - dop. Skryba] strzeliłem doń, a on po prostu rozpłynął się w powietrzu. Uznałem, że najwyraźniej mi zwiał, więc szukałem kolejnego. Znalazłem go gdy znów zapadł zmierzch, po czym puściłem się za nim w pogoń tak długo, aż nastał świt, wtedy znów strzeliłem, i ponownie wystąpiła ta sama sytuacja co wcześniej. Więc... czy w ogóle jest możliwe ubicie bydlaka i ukończenie tej gry?"

... i to jest właśnie dobre pytanie, na które każdy z Was może spróbować odpowiedzieć sam.

Widzicie, to dość dziwna gra. Judith przynajmniej miała jakąś historię, tu zostaliśmy pozbawieni nawet i tego "luksusu". Podejrzewam, że część z Was może się trochę nudzić, zwłaszcza podczas podróżowania za dnia. W dodatku, tak jak wspomniałem, pięć partyjek pod rząd - i tylko w tej jednej, tej pierwszej, udało mi się napatoczyć na Yeti. A, jakby tego było mało, nie mam pojęcia czy wystrzelona przeze mnie kula rzeczywiście go trafiła. Być może bowiem i ja natknąłem się na (bug?) "znikających Yeti".

Tak czy owak, dla ludzi lubiących odmienne stany grywalności, pozycja jak znalazł. Dla reszty, pewnie li tylko ciekawostka.

Którą - w obu przypadkach - możecie pobrać stąd.

Pozdrawiam,
Michał "Skryba" Ziętek.

0 opinii.:

Prześlij komentarz