Romanse z planszówkami - Last Night on Earth

Czołgiem :). Tak średnio raz na rok, zwykle w wakacje, mam okazję pograć w coś innego niż jakieś-takie-tam-dziwne erpegi. Zwykle, dzięki uprzejmości mych dwóch przyjaciół z Łodzi, siedzących w tych grach głębiej niż ja ;) - mogę "poszerzyć swoje horyzonty" i po(d)patrzeć na to, jak gra się np. w karcianki czy planszówki. Ogólnie, całkiem fajnie ;).

Z racji bycia taką istotą, która, gdy widzi jakąś grę, odczuwa chęć przetestowania jej i podzielenia się z kimś spostrzeżeniami na jej temat, ostatecznie wszystko sprowadza się do Ogrodu. Dziś więc, zapewne nie po raz ostatni w te wakacje, zaprezentuję Wam jedną z takich gier. Konkretniej: Last Night on Earth, która, z racji bycia grą o żywych trupach, powinna była przypaść mi od razu do gustu. Czy tak rzeczywiście było? Cóż, przekonacie się sami. Enjoy :).

Zawartość pudełka, muszę przyznać, robi bardzo pozytywne wrażenie. Że aż przekopiuję z Rebela1 kolorowa instrukcja; 1 plansza przedstawiająca centrum miasteczka; 6 plansz zewnętrznych w kształcie litery L; 8 figurek wyjątkowych bohaterów (szarych); 14 figurek zombich (7 zielonych, 7 brązowych); 40 kart z talii bohaterów (gra podstawowa); 40 kart z talii zombich (gra podstawowa); 20 kart dodatkowych do talii bohaterów; 20 kart dodatkowych do talii zombich; 6 kart pomocy graczy; 8 dużych kart postaci; 5 dużych kart scenariuszy; 2 arkusze kolorowych, sztancowanych żetonów; 16 kości; 1 płyta CD z muzyką (ponoć słabą, nie sprawdzałem osobiście) zapewniającą ścieżkę dźwiękową. Nieźle, jak na wydatek rzędu 160 zł.

Jeśli idzie o zasady gry, są one dość proste. Gracze dzielą się na dwa wrogie fronty: tych, którzy mają przeżyć (jest licznik tur, który "odmierza" czas do świtu = ratunku dla tych, którzy mają przeżyć), oraz tych, którzy kierują się hasłem: zabić i zjeść ;). Można to skomplikować przez nałożenie "nakładek" (scenariuszy), w których cele są bardziej konkretne i które modyfikują też to, z jakiej pozycji "licznika" startujemy, a.k.a. ile tur będziemy musieli wytrzymać by przeżyć, lub ile tur pozostało by horda zombiaków przegryzła tchawicę ostatniego ocalonego. Słodkie ;). My (Dawid, Łukasz i ja) graliśmy w scenariusz, w którym mieliśmy chronić 4 mieszkańców i w którym zombie nie mogły wykończyć więcej niż 2 postacie.

Widzicie bowiem, w przypadku niedoboru graczy, którzy chcą bawić się w przeżycie (bo zombich nigdy nie zabraknie ;P), otrzymują oni dodatkowe postacie, którymi kierują na planszy. Sama plansza składa się z losowych elementów w kształcie litery "L", które "dokłada się do brzegów głównej planszy, w kształcie kwadratu. Postacie "przeżywaczy" różnią się oczywiście od siebie, mają specjalne zdolności i, co ciekawe, różne wartości punktów życia (młodzi mają ich mniej, ale mogą się leczyć - poświęcając na to jedną turę / starzy mają ich więcej, ale nie mogą się leczyć). Ciekawe. A robi się jeszcze zabawniej, gdy dochodzą do gry karty, symbolizujące najróżniejsze zabawne rzeczy, jak np. dynamit ;). Podobną talię kart mają zombie.

I, generalnie, jest tak. Gracze których postacie mają przeżyć, cóż, biegają po planszy, barykadują się i używają wszystkiego by zrealizować cel główny / cele poboczne. Gracze odgrywający zombiaki (hordę tychże ;)), mają łatwiejsze priorytety: dojść i ubić ;). Plus odpalić jakieś nieprzyjemności, gdy akurat trafi się dobra karta z talii zombie. Swoją drogą. Zombie nie tak łatwo ubić ("giną" tylko wtedy gdy na 2 kościach k6 wypadną takie same wartości) oraz, co przeraża najbardziej, respawnują się co turę (wykonuje się rzut na 2 kościach k6, jeśli wynik przebije ilość zombie na planszy, cóż, pojawiają się nowe!).

Wszystko jasne, póki co? Super, bo to w zasadzie wszystko, co powinniście wiedzieć by zacząć grać ;). A, zapytacie, jak w ogóle się w to gra? Hm, średnio dobrze, że tak powiem. Z Łukaszem (Dawid grał zombie) uznaliśmy, że nie ma co zgrywać bohaterów i biegać po planszy, więc, po prostu, zbiliśmy się do kupy i zabarykadowaliśmy w szkole, w której przez pierwsze 4-5 tur (Zombie poruszają się, przeważnie, 1 pole do przodu, postacie "przeżywaczy" są szybsze) przeszukiwaliśmy wszystko i wszystkich, dzieląc się tym, co akurat komuś dobrego wypadło ;). Oczekiwaliśmy na atak będąc, plus minus, przygotowanymi.

Osobiście, byłem pod wrażeniem, jak postać Łukasza walczyła z trzema zombiakami i, o dziwo, wszystkich wysłała do piachu (cholerny farciarz na kostkach), dając reszcie czas na kolejne przeszukiwanie pomieszczeń szkoły. Nawet fakt, że zombie mogły przechodzić przez ściany, nie zmieniał naszej sytuacji, przez większą część gry - byliśmy w miarę bezpieczni. W końcu, nie dziwota, że Dawid uznał, że się z nami cacka i zaczął, cóż, chamsko grupować wszystkie zombiaki na planszy. Wkrótce, mniej więcej w połowie czasu do ocalenia (świtu), szła na nas istna horda żywych trupów, wyraźnie chcąca nam zrobić "duże kuku".

Czy tak się stało? Wprost przeciwnie ;). Poleciały laski dynamitu, benzyna i co tam jeszcze było pod ręką. Co prawda postać Łukasza ostatecznie skończyła jako truchło (szczęście w końcu nie trwa wiecznie), ale, mając 3 na 4 postacie, oraz chroniąc wszystkich 4 (a nawet 5, bowiem znaleźliśmy jeszcze jednego ;)) mieszkańców, z uśmiechem na ustach wyczekiwaliśmy nadciągnięcia ostatnich 3 zombiaków, które były na tyle blisko, że zdążyłyby jeszcze do nas dojść, nim nastanie świt. Ba, czuliśmy się tak pewni siebie, że sami uznaliśmy, że wyjdziemy im naprzeciw. Złamaliśmy pierwszą zasadę horrorów: nie zgrywać bohaterów ;P.

Ogólnie, te trzy zombiaki dały nam mocno popalić. Dawid "chował" w dłoni najsilniejsze karty, więc potyczka równie dobrze mogła skończyć się dla nas tragicznie (każda z naszych postaci oberwała, a, jeśli zombie zabiłyby choć jedną, przegralibyśmy przez założenia scenariusza). Ostatecznie jednak i tak byliśmy górą. Zombie nie mogły zaatakować i "wykończyć nas", gdyż licznik wskazywał już nadejście świtu. W sumie trochę to dziwne, że o świcie wszystkie otaczające nas zombie uznały, że nie ma co, trzeba iść spać (czy co tam robią zombie po godzinach pracy ;)) i zostawiły nas w spokoju. Whatever.

Więc, czemu "średnio dobrze"? Hm, bowiem gra, przynajmniej z mojej perspektywy, wydawała się jednak zbyt łatwa. Na te 20+ tur, była tylko jedna sytuacja, która wywołała u mnie większe emocje (gdyż od niej zależało tak naprawdę nasze przeżycie) - pozostałą część gry spędziłem w zasadzie na ciągłym deklarowaniu, że moja postać "przeszukuje pomieszczenie". Sporadycznie: "przekazuję Łukaszowi ten przedmiot". I tyle, brak szybszego bicia serca, tak przecież charakterystycznego przy oglądaniu dobrych filmów o zombie. Ciekawe, czy Dawid, z tą swoją "zabójczą" prędkością 1 pole/1 zombie, myślał podobnie.

Niemniej, gdy już "dochodzi co do czego", wszystko jest fajne, czuć, że zombie stojące na tym samym polu co twoja postać, nie są czymś, co można zignorować (chociaż... Łukasz chyba raz zadeklarował, że jednak nie chce walczyć z zombiakami, tylko przeszukać pomieszczenie [sic! - na jego usprawiedliwienie, dodam tylko, że rundę wcześniej popsuła mu się broń, więc, w sumie, miał nadzieję, że znajdzie jakąś inną]). Zwłaszcza gdy ta druga strona ma mocniejsze karty w dłoni. Gra jest w sumie dość losowa i trudno wyczuć, czy dane starcie z zombiakami skończy się po naszej, czy też po ich myśli.

Ogólnie, źle się nie grało :). A, dodatkowo, mam teraz wielką "fazę" na to, by poprowadzić jakąś sesję w system RPG o Zombich, być może inny niż staro-WoD-ny autorski Nightfall (ktoś to w ogóle pamięta ;)?). Także, dziękuję w tym momencie duetowi D&Ł za wspólną grę, jak zwykle była to niczym nieprzygaszona przyjemność, z której najbardziej zapamiętam nasze "marne" próby odgrywania naszych postaci, ze szczególnym uwzględnieniem szczytu rol-plejowania zombie, w wykonaniu mości Dawida ;). Oby więcej takich sesji, oby więcej takich spotkań.

I tym optymistycznym akcentem...

Pozdrawiam serdecznie,
Michał "Skryba" Ziętek.

4 opinii.:

Fajne sprawozdanie! Oby więcej takich - a nuż się na jakąś planszówkę skuszę :)
A o Nightfall pamiętam ja:) Szkoda, że stronka gry została porzucona przez autorów (i wygasły linki w dziale Download):/

> Oby więcej takich - a nuż się na jakąś planszówkę skuszę :)

Pewnie jeszcze w parę rzeczy uda mi się z mymi kompanami w te wakacje zagrać :). Tak jak pisałem, ja siedzę głębiej w erpegach, oni - w tych wszystkich pozostałych, co nie znaczy lepszych/gorszych, grach. Symbioza, aż ciśnie się na usta ;).

> Szkoda, że stronka gry została porzucona przez autorów
>(i wygasły linki w dziale Download):/

Hm, może w Kuźni pewnego krasnoluda można by ją odszukać:

http://rpgkepos.blogspot.com/2011/09/kuznia-thronaara.html

... musiałbym popatrzeć, ale, póki co, tydzień mam lekko spięty :).

Pozdrawiam i dziękuję za komentarz,
Skryba.

Mi się bardzo ta gra swego czasu podobała, jeśli dobrze pamiętam to z włączoną ścieżką dźwiękową zombiaki zawsze wygrywały. ;]

U nas muzyka nie grała - a zombie przegrały... hm ;)...

Peace :),
Skryba.

Prześlij komentarz