TF.PL - Wieści z frontu (Ron Edwards, 2000-02-18).

Fakt, iż obecnie wszystko w Ogrodzie zdaje się kręcić wokół In Between PL, nie oznacza jeszcze, że mogę sobie tu pozwalać na niepotrzebne zastoje z innymi sprawami ;). Takimi jak, na ten przykład, kolejnym artykułem Rona Edwardsa. Chociażby gdyż, nie przeczę, zastanawiałem się nad tym, jak sam bym zareagował, gdyby ktoś kiedyś podesłał mi umowę, o której przeczytacie w n/w artykule ;).

Wieści z frontu.

Czyli garść doświadczeń Rona Edwardsa, nabytych podczas publikowania jego gry, pt.: "Sorcerer".

W 1996 roku, za pośrednictwem Internetu udało mi się odnaleźć GAMA (szukałem - i, szczerze mówiąc, nie mam pojęcia co to jest, obstawiałbym na jakiś serwis internetowy - dop. Skryba) i skontaktować się z nimi w sprawie mojej gry. Tam, bardziej siedzący w temacie znajomy, dał mi numer i nazwę "nowego i rozwijającego się" wydawnictwa (uznajmy, że najlepiej będzie, gdy nie podam w tym artykule jego nazwy), poszukującego twórców role playing games i, per se, ich projektów. Napisałem do nich list - i otrzymałem niezwykle entuzjastyczną odpowiedź, w której kładli oni silny nacisk na prawa autora do jego dzieła oraz na rozsądne dzielenie się zyskami.

Poniżej przedstawiam Wam parę wycinków z, otrzymanych od nich, dwóch pierwszych listów:

"Cieszę się, iż mogłem porozmawiać z Tobą o prezentowanej przez Ciebie grze. Wierzę, iż wspólnymi siłami, uda nam się doprowadzić ją do finalnej wersji. Jestem bardzo zaintrygowany przedstawionymi przez Ciebie informacjami - i, nie ukrywam, chciałbym osobiście zaangażować się w ten projekt."

"Co ważniejsze dla Ciebie, zatrzymasz prawa autorskie do swojej gry - podczas gdy [tu nazwa firmy] będzie zajmować się kwestią inwentaryzacji oraz będzie odpowiadać za takie kwestie jak: publikowanie, promocja oraz dystrybucja produktu. Oczywiście, będziemy z Tobą współpracować - i dokładać wszelkich starań, aby gra była rozpowszechniana zgodnie z Twoimi wytycznymi; wszystko jest do dogadania."

"Mój partner biznesowy miał ostatnio możliwość zapoznania się z manuskryptem - spodobał mu się on na tyle, że wspólnie postanowiliśmy zainteresować się bardziej tym projektem. Jesteśmy zainteresowani dalszym dialogiem i otrzymywaniem wszelkich krytycznych uwag z Twojej strony - jesteśmy nawet w stanie rozważyć zmianę warunków dotyczących naszego kontraktu, jeśli tylko uznasz to za konieczne. Kiedy tylko dopniemy wszystkie sprawy - z przyjemnością podeślę Ci przykładowe prace artystów, z którymi współpracujemy. Będziesz mógł wybrać, które dzieła, którego z nich, będą najbardziej odpowiednie do Twojej gry."

Zaoferowali mi "na dzień dobry" 1 000 $ dolarów - i 9% netto z całego zysku. Brzmi świetnie, prawda? Przy okazji, mieliśmy mnóstwo bardzo miłych telefonicznych konwersacji, w których wielokrotnie podejmowaliśmy takie tematy jak prawa autorskie, kontrola zawartości produktu i tak dalej. Niebawem firma przesłała mi kopię "wzorca" przygotowywanego kontraktu - czyli, mówiąc po naszemu, wersję kontraktu, mającą być, w założeniu, uzupełnianą aż do chwili akceptacji "finalnej" wersji, przez obie zainteresowane strony.

Prezentuję kilka wycinków z owego "wzorca" (wybaczcie "nie-prawniczy" język, nie znam się na nim - dop. Skryba):

"Wydawca zastrzega sobie prawo do podejmowania decyzji dotyczących wyboru tytułu gry, okładki lub grafiki taką okładką będącą. Format publikacji (jak i sama publikacja), będzie ustalony przez Wydawcę i leżeć będzie w jego wyłącznej gestii. Wszelkie decyzje dotyczące ceny detalicznej produktu oraz wszystkie inne kwestie, dotyczące warunków sprzedaży, dystrybucji, reklamy oraz promocji Produktu - również pozostają w wyłącznej gestii Wydawcy."

"Autor zgadza się, na prośbę Wydawnictwa, przygotować poprawione wersje dowolnego Produktu Autora. W przypadku niemożności Autora (lub jego odmowy) do wypełnienia powyższego, gdy nie jest on w stanie dostarczyć manuskryptu z poprawionej edycji w formie i składzie mogącym być zaakceptowanym przez Wydawcę, we wskazanym przez Wydawcę czasie, Wydawca może zlecić jego wykonanie osobie trzeciej - a poniesione przez to koszty, w przypadku wystąpienia takiej sytuacji, przełożyć bezpośrednio na oryginalnego Autora Produktu."

[odnosząc się do zabezpieczeń prawnych] "Wydawca może, w dowolnej chwili, pisemnie rozwiązać powyższą umowę / ... / Autora obliguje się do spłaty, w trybie natychmiastowym, wszelkich wynagrodzeń, wypłaconych mu przez Wydawcę / ... /"

[jeśli idzie o paragrafy dotyczące skomplikowanych kwestii prawnych] "Autor może rozwiązać powyższe porozumienie TYLKO w sytuacji, w której Wydawca uzna, że Produkt jest niedochodowy"

Wstrzymać pochód! Nie muszę pisać, że jak tylko to zobaczyłem - punkt po punkcie przeredagowałem całą powyższą umowę (oraz, przy okazji, kilka innych jej części), po czym wysłałem im ją z powrotem. Podczas telefonicznej rozmowy, pewna osoba (pozostająca anonimowa), zapewniła mnie, że spodziewali się takiej reakcji z mojej strony i że tego typu redagowania umów, są czymś naturalnym. Obiecał też, że poprawiona wersja kontraktu, zostanie odesłana do mnie tak szybko jak to możliwe, z nadzieją, iż zostanie wówczas w pełni zaakceptowana.

Niecierpliwie oczekiwałem na przybycie ich zredagowanej wersji ("O rany Julek, będę autorem erpega, który zostanie opublikowany!"). Tygodnie mijały. Gdy dzwoniłem, ta sama miła osoba notorycznie zapewniała mnie, że wszystko jest w porządku i że dokłada wszelkich starań by umowa została podpisana przez obie strony. W pewnym momencie, przestali odbierać ode mnie telefony. Przestali też odpisywać na moje maile. Chyba tylko dzięki mojej natarczywości oraz wytrwałości udało mi się, w końcu, do nich dobić - i zostałem wtedy poinformowany, że "Sorcerer" nie jest brany pod uwagę w linii wydawniczej tej firmy i że został zastąpiony przez inny projekt, mający być: "czymś naprawdę wielkim, czymś w stylu rewolucji na miarę AD&D".

Jaka nauka płynie z tej historii? - nie dajcie się wrobić w podpisywanie takich "zgniłych" kontraktów. Ci goście mieli nadzieję, że natychmiast podpiszę pierwszą, przesłaną mi przez ich firmę, umowę. Można powiedzieć, że miałem wtedy szczęście. Pewnie, wrodzona ostrożność uchroniła mnie przed umieszczeniem swego podpisu w w/w kontrakcie, bez wgłębiania się w jego szczegóły - jednakże moja naiwność kazała mi wierzyć, że wszystkie te zapewnienia i obietnice, były uzasadnione.


- - -

Oryginalny artykuł, autorstwa Rona Edwardsa, został opublikowany na witrynie The Forge w dniu 2000-02-18 - i jest do wglądu pod tym adresem.

- - -

Kilka słów Skryby: cóż... zawsze patrzcie, co podpisujecie - czy raczej, patrzcie, co podpisać  zamierzacie ;).

Ewentualnie, zawsze patrzcie, czy macie to, co chcecie tłumaczyć ;P.

Pozdrawiam,
Michał "Skryba" Ziętek.

PS. 41. Gościem Honorowym Ogrodu, został... HardMcPunk - serdecznie witamy :)!

6 opinii.:

Ho Ho Ho, ale się splotło ostatnio ktoś chciał mi płacić za posty na moim blogu. Dobrze i w Juro.

... musiałem przetrawić to zdanie parę razy nim rzeczywiście doszło do mnie, że tam naprawdę jest napisane, iż ktoś chciał płacić Ci za - jak mniemam - "sponsoring" Gier Fabularnych dla jego postów :O.

Normalnie polityka wdziera się na erpegowe salony, Panie Borejko.

Pozdrawiam,
Skryba.

Kufa, mogli się chociaż zdobyć na to, by go poinformować o wycofaniu się z projektu. Wysłanie mejla nie boli.

I jest w dobrym guście nawet.

Swoją drogą, ciekawe czym był ten "naprawdę wielki" projekt.

Peace,
Skryba.

Zawsze patrzcie, co jest na drugiej stronie.
;)

... Ty to wiesz jak postawić kropkę nad "i", Darcane ;).

Peace,
Skryba.

Prześlij komentarz