IB.PL od kuchni (3) - Biesy a sprawa polska.

Witam w kolejnym, trzecim już, artykule z mini cyklu poświęconym temu, jak powstawał IB.PL ;). W dzisiejszym odcinku, poznacie perypetie, które miały związek z pierwszymi wersjami tłumaczenia tekstu z oryginalnego IB. Poznacie również... "kolorowankę", jak "kodowo" ochrzczona została jedna z nich ;). A dlaczego? Przeczytacie sami ;).

Ostatni odcinek, zakończył się na następujących stwierdzeniach: mam grafiki (Gina) oraz kogoś, kto "robi czary" z layoutem (Tweet), gdyż, jak pewnie pamiętacie, niżej podpisany raczej składać podręcznika nie potrafi ;). Zamiast tego, potrafi natomiast... tłumaczyć teksty z angielskiego na polski język. A przynajmniej tak mu się wówczas wydawało ;). Czy tak było w istocie?

Ogólnie, byłem zadowolony z tego, że udało mi się go przetłumaczyć. Sądziłem, że - choć pewnie jakieś błędy się tam znajdują - nie jest on taki zły. Poza tym, (po)znałem już wówczas Petrę Bootmann (która dopadła mnie na którymś z konwentów w Poznaniu), która, w zamian za moją skromną pomoc (sprawdzenie czy tłumaczenie Afraid miało ręce i nogi) - zaproponowała mi pomoc z redakcją... Socratic Design PL.

Zaskoczeni ;)? - pomnóżcie to sobie tak z dziesięć razy, a będziecie mieli... nikłe... pojęcie o tym, jak bardzo JA byłem zaskoczony kiedy w/w jawnie, otwarcie oraz bezpardonowo - niemniej szczerze, krytycznie oraz merytorycznie, za co jej dziękuję, bo to rzadka i pozytywna (w mych oczach) cecha u ludzi i pół-demonów ;) - "pocisnęła" mnie i mi za owy czysty chaos, nielogiczności "y" błędy interpunkcyjne, zawarte w w/w serii ;P.

Co mogę powiedzieć na swoją obronę? - ech, niewiele, gdyż zasadniczo się z nią w 100% zgodziłem ;). Ba, orzekłem, że nie jestem redaktorem/korektorem - a teksty w PDF, które podesłałem serwisowi Poltergeist, są amatorsko składane i amatorsko przygotowane (...o czym wówczas zastrzegałem - pisałem, że skupiam się raczej na tym by nie było tam żadnych błędów ortograficznych) jeśli o "sprawdzenie pisowni" idzie.

Mimo to, przyznaję... byłem niemile zaskoczony, że jest "aż tak źle" z SD.PL. Jednak, tak sobie myślałem, że redakcja całego cyklu zajmie sporo czasu (bez obaw, kiedyś przecież wrócę do "sokratejskich notek" - radzę sprawdzać bloga Troya, pojawiły się tam nowe notki!) + że niespecjalnie miałem wówczas ochotę zajmować się nim po wakacjach ("zmęczenie materiałem" ;P)...

... i tak oto uznałem, że, pewnie, nie ma problemu - pomogę z całym "correctness" Afraida, ale nie "w zamian" za redakcję tekstu z SD.PL, co za pomoc panny redaktorki z tekstem, a to ci niespodzianka, In Between PL ;). Po złożeniu dodatkowej obietnicy poprawy (jeśli o mą interpunkcję idzie) - oraz po dołączeniu "siebie" do pewnej pieskiej inicjatywy - uścisnęliśmy sobie dłonie, pieczętując rozpoczęcie wielostronnej współpracy.

Wypadało mi tylko przesłać jej tekst gry, co uczyniłem natychmi... stop.

Czasami, niezbyt często ale jednak, zdarza mi się wpadać w proces, powszechnie znany i zwany przez ludzi "myśleniem" ;). Ewentualnie, zapaliła mi się wówczas czerwona lampka alarmowa. Uznałem mianowicie, iż przecież: a) kobieta ochrzania mnie za tragiczną interpunkcję, b) w dodatku ma rację ;P. Oddanie jej tekstu w formie "zerowej" (czyt. pierwsza wersja tłumaczenia) - byłoby dość ryzykownym zagraniem.

Poza tym, co mi tu będzie baba na ambicję wjeżdżać ;P (Droga i zawsze pomocna Redaktorko IB.PL, jeśli to czytasz, wiedz - iż jest to tylko niskich lotów żart Skryby, niemający nic wspólnego z rzeczywistością, a który to, niżej podpisany, użył tutaj wyłącznie w celach ozdobnych, coby niniejszy tekst - przydługi acz, mam nadzieję, interesujący - przeczytać się dało, amen ;)).

Pisząc już zupełnie poważnie: tekst IB.PL chciałem poprawić - i oddać w formie, w której nie musiałbym się za niego wstydzić. Założenie śmiałe.

Jako, że uznałem, iż Tweet na pewno nie ma nic ciekawszego do roboty i z pewnością poświęci chwilę swego cennego czasu na użeranie się z pewnym skrybą ;P - szybko poprosiłem go też o wsparcie mych prób doszlifowania wersji zero. Uznałem, że co dwie głowy to nie jedna - i że na pewno dostrzeże w tekście kilka (podkreślam: kilka ;]) błędów, które moje "czujne oko" nie dostrzegło.

Tweet - nie pierwszy, nie ostatni raz - okazał się być człowiekiem wielce... pomocnym ;). Bym z kolej ja się za bardzo nie nudził, czytając tekst raz jeszcze - uznał, że mi go... pokoloruje. Na czerwono - te fragmenty, które wymagają naniesienia poprawek ("koniecznie do poprawki"). Na niebiesko - te, które mogłyby brzmieć lepiej albo mogłyby być bliższe tłumaczeniu... czy też mogłyby lepiej oddawać sens jakiegoś zdania.

Dopisał brakujące przecinki oraz zjedzone litery (czym, chcąc nie chcąc, potwierdził zdanie Redaktorki o mojej tragicznej interpunkcji ;P), a w przypadku szerszych problemów podawał własne wyjaśnienia. W skrócie - odwalił kawał dobrej roboty. Jednakże, biorąc pod uwagę "ochrzan" jaki dostałem za SD.PL - otwierałem ten wordowski dokument "z pewną taką nieśmiałością".

Dokument się odpalił i...

Cztery pierwsze strony.
... ała.
Dwanaście pierwszych stron.
... ała, ała.
100% "zerowego" tłumaczenia.
... jasna [ocenzurowano ;P]!

Chyba na pocieszenie, Tweet "nie omieszkał zaznaczyć na zielono najmiodniejsze fragmenty tekstu - czy to ze względu na krasomówstwo, czy też świetne rozwiązanie" ;). Wiecie już więc, dlaczego "kodowa" nazwa mej "zerowej" wersji tłumaczenia widniała w papierach właśnie jako: "kolorowanka" ;). 30/45 stron (w zależności od akapitu, pracowaliśmy na 2x - powyżej dałem na 1x, dla oszczędności miejsca*). Moja reakcja?

... typowa ;).
O dziwo... nie obraziłem się ;). Pod adresem Tweeta nie poleciało również żadne "cieplejsze" słowo (...ani wiązka słów takichże ;P) - nie poleciały również żadne cięższe obiekty, tudzież i inne sugestie, cóż może sobie z tą "kolorowanką" zrobić ;). Możecie mi nie wierzyć, ale nie pomyślałem nic ponad: "wow... ten facet poprawił 30 stron tekstu", po którym poleciało też coś w stylu: "nie potrafię tłumaczyć!" ;).

Co mogłem zrobić? - 90% sugestii Tweeta zostało wdrożonych w trybie natychmiastowym do nowej wersji (sam był tym lekko zdziwiony). Zakułem również dłutem w ścianie, by - jak tylko nadarzy się okazja - kupić "słowniki interpunkcyjne". Cóż. Kto miał okazję pisać ze mną maile w tamtym okresie, ten łatwo dostrzeże "podłamanie" bijące z ich treści, wynikające z w/w faktu i "podwójnego ataku" na mą wiarę w siebie ;).

Tak czy owak, wymiana maili pomiędzy mną a layout masterem - trwała w najlepsze. "Proste" manewry - robię wersję B tłumaczenia, ślę w/w, w/w sprawdza, przesyła mi wersję B+, ja patrzę, widzę kolejne błędy, robię wersję C, ślę w/w, w/w sprawdza, przesyła mi wersję C+, ja patrzę, widzę kolejne błędy, et cetera ;)... "zabawa" trwała bodajże przez sześć czy siedem odcinków. Przez tydzień, dwa.

I tak, nadszedł dzień sądu ostatecznego - czyt. czas mi nadszedł na podesłanie "finalnej" wersji Redaktorce.

Pragnę w tym miejscu zauważyć, że - przynajmniej z mego punktu widzenia - byliśmy bardzo zadowoleni, że "tekst doszlifowaliśmy aż miło" ;). Hej, znacie śpiewkę - "pewnie, na pewno jakieś błędy tam istnieją" + "ale nie może być aż tak źle". Wierzyłem w to ;P. Tym razem, patrząc na różnice między wersją "zerową" a tym, co oddałem Petrze, naprawdę w to wierzyłem ;). IBPLv3TXTkorv1.doc (yeah ;P!) - poszedł w świat!

I wrócił...


150+ poprawek. Sto. Pięćdziesiąt. I więcej. Poprawek. W komentarzach, coście myśleli ;)? - poprawek, które "nie zasłużyły" na stosowny komentarz Petry (czyt. np. interpunkcja), nawet nie będę próbował liczyć. Ten "czerwony" kolor może nie wydawać się Wam tak tragiczny (jeśli o częstotliwość idzie), ale, pamiętajcie, był jeszcze kolor żółty (komentarze), którego raczej nie dojrzycie. Moja reakcja?

... 141, ... 142, ... 143... ;)
Dalsze działania? - szeroki uśmiech i pewny chwyt za kałasznikowa ;)? No, nie całkiem. Jak to szło? - "daj pracować profesjonalistom" ;). I choć każdy z tych błędów, co prawda nie dosłownie ale jednak, bolał moją głowę ;) (to był już 10+ raz, w którym musiałem siedzieć nad tym tekstem), nalałem sobie "czarnej smoły" do szklanki i, zagryzając biszkoptami, rozpocząłem - ponownie - prace nad poprawianiem tekstu.

Tutaj wyglądało to nieco inaczej niż z Tweetem. Zapewne ilość wprowadzonych poprawek też oscylowała wokół 90% - niemniej, w paru punktach mieliśmy (Ola i ja) inne spojrzenie na sprawę redagowanego tekstu. Hm, odwieczna wojna "autorów" z "redaktorami" ;)? Nie - konfliktu nie było. Dyskusje "dlaczego chcemy to zostawić/zmienić" były rzeczowe - i odwoływały się do chłodnych argumentów, nie do emocjonalnych reakcji.

Tak czy owak, pierwsza wersja poprawkowej wersji tłumaczenia IB.PL - była za nami. Oczywiście, nie była to ostatnia wersja podesłana przez naszą Redaktorkę. Sam tekst IB.PL również przechodził później wiele zawirowań - wiecie, życie płata psikusy (...a ściąganie kogoś z pewnego konwentu by siedzieć nad tekstem od 11 w nocy do 3 nad ranem - tych psikusów przykładem ;P). Powstały trzy, cztery kolejne jego wersje.

Nie będę przytaczał tu historii wszystkich "wersji" - po prostu, było ich (za) dużo. Tak dużo, że - widząc pod koniec prac nad IB.PL kolejną "wersję do sprawdzenia" - miałem ochotę na to, by zebrać wszystkie wydruki tekstu IB.PL, rozłożyć je równo na biurku, popatrzeć z podziwem na "swoją robotę", po czym, wraz z całym dobrodziejstwem inwentarza (i biurkiem przy okazji)...

... apage ;)!
... nie dziwcie się więc, że znam ten tekst na pamięć ;). Pragnę w tym miejscu pozdrowić serdecznie pewnego szanownego Towarzysza z blogosfery, który "zamęcza mnie" (...żarcik ;P) pytaniami dotyczącymi mechaniki IB.PL ;). Nie to, abym reagował na nie/niego agresją, niemniej, po przeczytaniu powyższego, z pewnością wielu z Was zrozumie, czemu pytanie: "A dlaczego właściwie Biesy?"...

... wywołuje u mnie odruch odbezpieczania kałasznikowa ;). Na zdarovie!

Podsumowanie, tego tam, jak mu było, a, "red.nacza." (cokolwiek to znaczy ;P) projektu IB.PL.

1) Dlaczego nie chciałem zasztyletować Tweeta/Petry ;)? - dobre pytanie, na które nie mam odpowiedzi ;). Heh, nie no, mówiąc najzupełniej poważnie i 100% szczerze - ceniłem rady tak Aleksandry jak i Andrzeja. Jestem wdzięczny tej dwójce, że, gdy zobaczyli "pierwsze wersje" IB.PL, nie rzucili tego w diabły (w biesy?) - i że, a tak przynajmniej mi się wydaje, uznali, że projekt "wart jest" ich czasu/wysiłku. Za to - pokłony.

Poza tym, co ja niby mogłem ;). Zgodziłem się, że nie umiem robić layoutu - zgodziłem się, że nie znam się na redagowaniu tekstu. "Nie moja linia frontu" - zawsze starałem się wychodzić z tego założenia. Było to chwilami trudne - zwłaszcza gdy, raz za razem, moja "wiara we własne umiejętności", atakowana z obu stron, wystawiana była na ciężką próbę ;).

Moja promotorka często jednak powtarza: "Jak się nie przewróci, to się nie nauczy". Nie powiem, że przez te "szarpnięcia" w kwestii mojej tłumaczenia / interpunkcji - rzeczywiście poświęciłem trochę więcej czasu na głębsze poznanie "arkan interpunkcji" ;). Efekt? - IMHO da się go zauważyć w serii The Forge PL. Pewnie, do ideału sporo brakuje. Ale pierwsze kroki w jego stronę - zostały już poczynione.

2) Aż nie chce się wierzyć - naprawdę nie dochodziło do żadnych "spięć"? - hehe, nie no, aż tak gładko nie było ;). Może od razu napiszę tutaj pewne wyjaśnienie, coby nikt sobie niczego nie dopowiedział - w projekcie, w którym bierze udział więcej osób niż jego "twórca", zawsze dochodzi do jakiś tam "spięć". Dziwiłbym się niezmiernie, gdyby IB.PL miał być tu jakimś wyjątkiem. Jednakże, w tym przypadku...

... wszystko "przechodziło" przeze mnie - od początku, aż do niemalże samego końca tworzenia tej gry. Nikt z "teamu IB.PL" nie kontaktował się "z innym jego członkiem / członkinią" inaczej niż przeze mnie. Gdy ktoś miał jakieś "zastrzeżenia" do pracy drugiej osoby - kierował je bezpośrednio do mnie, a ja, po "przeróbce dyplomatycznej" (;P), słałem natychmiast maila do "odbiorcy", przesyłając jego / jej odpowiedź "nadawcy".

Nie to bym im zabronił się z sobą kontaktować ;). Po prostu - lepiej było jak cały "prąd" szedł w mą stronę. Dzięki temu - wszyscy byli świetnie poinformowani na temat tego co / kto / jak i po co robi w IB.PL. Mam tu też na myśli Daniela, który również, regularnie, otrzymywał raporty z postępów naszych prac. Uniknęliśmy tym samym chaosu... i pewnie kilku strat w ludziach/kończynach ;). Nie no, "aż tak źle nie było" ;P!

3) A dlaczego akurat Biesy a nie Demony ;]? - bo tak ;P. Korzystając z okazji, powiem tylko, że było wiele opcji tłumaczenia różnych słów/zwrotów. "Biesy" (w oryginale: Demons) miały być "Czartami". "Starcia Mocy" miały być "Burzą Mocy". "Świat Żywych" początkowo był "Światem Śmiertelników". O powtórzeniach - prawdziwej pladze raczej! - nie wspomnę, bo jeszcze Tweet mi coś napisze ;).

Problemem było też... nazewnictwo. Które trzeba było ujednolicić. Wszystkie definicje żargonu "z dużej litery" (np. Grzech) trzeba było zapisać z "dużej litery" (początkowo było z małej). Trzeba było wykasować "zmazywanie grzechów" oraz zmienić na "Odpokutowanie Grzechów" (podobnie cała sytuacja przestawiała się z Żalami i ich Wypełnianiem). Ciężka harówka, w której wielką pomocą był w/w Towarzysz.

Tak czy inaczej, sami widzicie - mieliśmy z tym "drobne" przeboje. I to nie tylko z kwestią: "a czy nie można było X przetłumaczyć na Y?" ale również i z takimi rozważaniami jak "czy 'twoje' powinniśmy pisać z małej czy z dużej litery?". Sprawa "gender" natomiast, dała mi powody by powoli powątpiewać, że kiedykolwiek skończymy ten projekt ;).

Jednak. Hej. Tekst - był. Layout master - był. Grafiki - były. Profesjonalna Redaktorka - była. To czego w zasadzie brakowało? Nic tylko złożyć podręcznik w całość - i publikować! Te zdanie "krzyknąłem" na parę dni przed deadlinem, pod koniec wakacji. I, jak zwykle, nieco przedwcześnie uznałem, że jednak wszystko idzie ku dobremu ;).

... do którego końca - było jednak daleko.

Pozdrawiam,
Michał "Skryba" Ziętek.

PS. * - "zabawną" wpadką tegoż faktu było moje gapiostwo. Omyłkowo posłałem Danielowi "do wglądu" tą wersję z akapitem na 2x. Chłopak mocno się zdziwił, że gra, która miała w domyśle max. 20 kartek, "nagle i niespodziewanie" rozrosła się do 40-kilku ;). Spytał się mnie nawet wprost, czy polski język posiada aż tak rozbudowane słownictwo ;P.

PPS. "Slider" photo credit: Noel Shiveley | Dream x Chase via photopin cc.

0 opinii.:

Prześlij komentarz