Zapiski z sesji #19! - Neuroshima #2 - kampania: SK (I).

Nawet w tak pochrzanionym padole potu i krwi, jakim jest świat NS, potrzebni są... bohaterowie. Jednostki wybitne, które biorą w swoje ręce losy tysięcy istot, święcie wierzących w to, iż ich czyny zapewnią im spokój oraz bezpieczeństwo. Posterunek. Żołnierze ze stali. Pełni honoru i poświęcenia. Ludzie w służbie samej ludzkości. Cóż, poniższa historia o nich nie opowiada ;).

Opowiada natomiast o losach posterunkowych odpowiednikach Tango i Casha, konkretniej o dwóch, jakże odmiennych, łowcach, co do których 'słowa' piosenki: ‘takich trzech jak nas dwóch to nie ma ani jednego’ pasuje niczym pięść do nosa (= dobrze ;)!). Drake i Matt. Zabójca Maszyn i Łowca Mutantów + jeden czołg. Nie uprzedzajmy jednak faktów i prześledźmy od początku pewną mrzonkę, dającą początek nowej legendzie.

Nasi bohaterowie lekkiego życia w Posterunku nie mieli. Cholerni indywidualiści, maniacy i awanturnicy, to najdelikatniejsze co może o nich powiedzieć ich bezpośredni przełożony, imć Bob Cartman, niegdyś dobry żołnierz i oficer, dziś – podstarzały, stetryczały jegomość, który na co dzień musi użerać się z indywiduami pokroju znanych nam już łowców. Służba nie drużba.

Nie można jednak zaprzeczyć: bohaterowie ci są potrzebni. Pomijając straty w sprzęcie oraz – szczęśliwie nieczęsto – w ludziach, Posterunek ceni sobie ich odwagę i oddanie sprawie. Tyle tylko iż i z tymi dwoma aspektami noszenia munduru Drake oraz Matt zawsze miewali pewne ‘problemy’, co wielokrotnie dawali odczuć wspomnianemu już przełożonemu.

Nie dziwota więc, że znacząca większość Posterunku ‘tolerowała’ tych dwóch dżentelmenów głównie dlatego, że byli... dobrzy. Cholernie dobrzy. Nie było akcji, z której nie wychodziliby oni cało. No... a przynajmniej w ‘większej’ części – bioniczne oko Drake’a czy wspomagana elektroniką ręka Matta, dobitnie wskazywały, iż nie zawsze wszystko szło po ich myśli.

... a prawdę mówiąc – nigdy nic nie było zgodne z planem tudzież z procedurami Posterunku.

Tak było i tego pamiętnego wieczoru, kiedy patrol złożony z oficera i trzech podkomendnych mu ludzi, w tym postaci grających pierwsze skrzypce w niniejszej opowieści, wyruszył na, cóż, rutynowe zadanie: sprawdzić czy na stacji paliwowej ciągle znajduje się czarne złoto. Ot, nic nowego. Pojechać, popatrzeć, wrócić i zdać raport. Ewentualnie trochę się ponudzić.

Niemniej, pułapka bit-boysów, śmierć oficera i jednego kompana naszych bohaterów, szybko sprawiły iż sytuacja ze złej... przeistoczyła się w tragicznie złą. A zapomniany przez Boga budynek opuszczonej stacji paliwowej, o jakże adekwatnej nazwie: ‘Hell’s kitchen’, stał się niemym świadkiem epickiego starcia dwóch ludzi z dwunastoma mutantami.

Pewnie, wróg był liczny. I całkiem sprytny. Próbował na wiele sposobów dostać się prosto do środka, do pomieszczenia z wyjściami i oknami zabarykadowanymi czym tylko się dało (czyt. zdemontowana lada sklepowa przyparta ciałem zabitego żołnierza z Posterunku okazała się nieocenionym wsparciem). Miał kilka dogodnych okazji by się odgryźć. Walczył do końca. Niemniej, ostatecznie przegrał z samym sobą. 

Dzieci uległy bowiem swym najniższym instynktom. Głodowi. Były tak bardzo wygłodzone, iż gdy tylko jedno z nich padało martwe, zaraz podbiegał do niego jego dawny towarzysz broni i, zgodnie z dawnym amerykańskim rytuałem dziękczynnym, zaczynał go konsumować. Nie trzeba dodawać, iż koneserzy wytrawnego smaku stanowili wtedy łatwy cel dla wprawionego w bojach Matta, szalejącego na pierwszej linii z zatrutą włócznią oraz łukiem.

Ale i sam Drake nie w ciemię był bity. Jego spluwa raz za razem trafiała wraże cele. Zaś gdy wziął do swej ręki znaleziony w magazynie topór strażacki, żaden mały mutant nie mógł mieć cienia szansy w starciu z tak dozbrojonym zabójcą maszyn. Który co prawda wykazywał się też nieostrożnością, jednakże, z asekuracją Matta, udało mu się nie stracić twarzy. Dosłownie.

Lecz, gdy krótka (ale zażarta) walka dobiegła końca, a wszystkie mutanty zostały na wszelki wypadek dekapitalizowane, przed naszymi bohaterami stanął zrazu inny problem. Chociaż z plecaka zabitego posterunkowca wydobyli wiele dobra (m.in. krótkofalówkę oraz granat zaczepny), to, nie da się ukryć, ich sytuacja nadal nie była godna pozazdroszczenia.

Coś zagłuszało fale radiowe krótkofalówki. Oficer okazał się być równie martwy jak kompan łowców. Jego motor został natomiast zniszczony przez bit-boysów. Podartą mapą zajął się wiatr pustyni. A na domiar złego, nikt nie spodziewał się takiego obrotu sprawy – nie dziwota więc, że zapasy wody oraz jedzenia w całej dwuosobowej kompanii były... minimalne. O ile można tak nazwać jedną rację żywnościową i trzy znalezione puszki wody. Każda po 0.25 l.

Niezrażeni smutną perspektywą śmierci głodowej, bohaterowie opowiadanej tu historii uznali iż dołożą wszelkich starań by wrócić do domu. ‘Rozbili’ w pobliżu prowizoryczny obóz po czym postanowili przebadać stację w poszukiwaniu przydatnych gratów... i jedzenia. Szybko odkryli, iż to drugie znaleźć można tylko na pustyni (kaktusy, jaszczurki, woda), zaś pierwsze nie było im akurat w tej sytuacji do niczego potrzebne (sporo rzeczy do naprawy samochodu).

Po pierwszych pobieżnych i niestety bezowocnych poszukiwaniach, Drake i Matt usłyszeli dziwny odgłos dochodzący z oddali. To, co imć Matt zidentyfikował jako fretkę, dla Drake’a okazało się być... metalowym kinder-jajem od papcia Molocha. ‘Zagłuszaczem fal radiowych krótkiego zasięgu’. Wymyślnym koncepcyjnie – aczkolwiek niespecjalnie skomplikowanym ustrojstwem. Natychmiast rozebranym przez Drake’a, dodajmy.

Wszystko byłoby cacy gdyby nie to, iż zaaferowani znaleziskiem bohaterowie... nie wrócili na stację. Zapadła noc, zaś sami zainteresowani, pomimo wielu (nieudanych) prób, w końcu musieli przyznać sobie nawzajem, że ‘najwyraźniej’ się zgubili... ‘gdzieś w dorzeczu Jeni... przepraszam, gdzieś w Nebrasce’. Kilka przekleństw i parę surowych jaszczurek później, obaj smacznie spali, oczekując z niepokojem kolejnego poranka.

Który był preludium do najcudowniejszego dnia w ich życiu.

Oczywiście, pierwsze minuty po przebudzeniu na niespecjalnie wygodnym piasku pełnym kamieni, nie nastrajały zbyt optymistycznie do jakiejkolwiek działalności. Późniejsze próby odszukania jedzenia (...i kierunku), zakończone sukcesem tylko w tym drugim przypadku (ot, odkryli gdzie jest północ) – potęgowały tylko myśli naszych bohaterów, zafrasowanych losem swojego kompana (‘Zabiję go, zjem i wypiję jego wodę!’). Ale...

Udało im się odkryć ciekawą ‘rzecz’. Lufę... ‘wystającą’ z jednej z wydm. Po tym gdy Drake uznał, z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, iż nie jest to maszynka Molocha, Matt szybko odkopał wierzchnią warstwę znaleziska. Okazał się nim być... czołg. Prawdziwy, przedwojenny czołg. Po dokopaniu się do jego włazu i pobieżnej technicznej analizie zabójcy maszyn, okazało się iż – pomijając przysypanie toną piasku i brak benzyny – jest on sprawny!

Ciekawa okazała się też jego zawartość. Poza dwoma szkieletami w ‘nieznanych mundurach żołnierzy z USA’, bohaterowie doszukali się mapy taktycznej z zaznaczoną na niej mieściną, z jakiś powodów ważną, gdyż tak popodkreślaną iż dosłownie nie dało się doczytać co to jest za miasto. Wszystko sprowadzało się do dwóch faktów. Pierwszy, iż jest ono zawarte na 55’ – 75’ mapy (nie szukajcie tego miejsca na prawdziwej mapie - nie znam się na tym ;P). I drugi – że znajduje się jakieś 60/70 km za linią frontu. Na terytorium wroga.

Nie byłoby w tym nic specjalnego gdyby nie parę rzeczy odkrytych przez naszych łowców.

Przede wszystkim, wartość 55’–75’ była znana im już wcześniej. Skąd? A pamiętacie ‘jajko’ papcia Molocha? I to jak Drake rozłożył je na czynniki pierwsze? Otóż, odnaleźli też wkrótce kolejne ‘jajko’, z oznaczeniem kodowym wskazującym na to, że kilkanaście takich zabawek miało trafić właśnie w w/w obszar frontu, znajdujący się obecnie pod ‘jurysdykcją’ metalowej puszki fasoli. Tak, tak, Drake sprawdził trzy razy – albo była to jedna wielka pomyłka pana M., albo naprawdę od pewnego czasu produkuje on ‘jajka’ mające trafiać prosto pod 55’–75’.

Pytanie ‘po co?’, skoro tak naprawdę szkodziło to jedynie ludziom z Posterunku, pozostawało bez odpowiedzi aż do pojawienia się... szajbusa.

Szajbus. Oficer Odball. A właściwie, oficer Szajbus z Posterunku. Który miał pecha stracić swoich dwóch ludzi, którzy omyłkowo znaleźli się w niewłaściwym miejscu i o niewłaściwym czasie - na polu minowym pełnym metalowych puszek. Natomiast jego trzeci podkomendny został zjedzony żywcem przez znane łowcom bit-boys. Sam Szajbus zaś, po stracie swojego motoru, powziął spokojny marsz w stronę bazy. Miał mapę. Jedzenie. Ale wody mu zabrakło.

Czystym przypadkiem i zrządzeniem losu był on akurat ‘w pobliżu’ naszej paczki gdy ta, cóż, próbowała skontaktować się z kimkolwiek w okolicy. Po wymianie uprzejmości oraz stopni wojskowych, wszyscy zgodzili się ze sobą współpracować. Choć, trzeba przyznać, pierwsze spotkanie na pustyni... wcale tak naprawdę pierwszym spotkaniem tych panów nie było. Okazało się, iż Szajbus zna tak Drake’a jak i Matta – a tak Matt jak i Drake, kojarzą Szajbusa.

To było naprawdę piękne otwarcie. Cała trójka przypadła sobie do gustu oraz wykazywała się zbliżoną wrażliwością do samozwańczych obrońców ludzkości. Padło też wiele krytycznych uwag co do ich działalności, logistyki oraz zwiadu. Żeby nie wspomnieć o wielu zabawnych i pysznych anegdotkach opowiadanych sobie przy ognisku i suto zakrapianym żelaznym blacie 4. członka drużyny – którego Szajbus zidentyfikowało jako sprawnego Abramsa. Cacuszko.

Omińmy jednak to jakże sympatyczne powitanie, pełne wielu docinków słanych pod adresem sztabu Posterunku – i wróćmy do naszej historii. Wszyscy obecni uznali, iż powinni ze sobą współdziałać aby odnalezione cacko znalazło się tam gdzie powinno – czyt. tylko i wyłącznie w ich łapach. Drake i Matt potrzebowali ‘kogoś na stanowisku’ a Szajbus potrzebował ‘kogoś do jego zredukowanego do jednej osoby oddziału’. Konspiracja została zawiązana.

Świeżo utworzony oddział Delta – rozpoczął działalność. Niekoniecznie legalną, zaznaczmy.

W międzyczasie, okazało się, iż Szajbus, który zna się trochę na czołgach (choć nigdy nikt nie dał mu żadnego do poprowadzenia), odkrył w środku Archibalda – bo na takie miano drużyna przemianowała Abramsa – zakodowane plany, ostatnie rozkazy, składzik amunicji i sprawnie działający klasyczny zegarek. Udało mu się też odcyfrować informację, iż ten czołg wchodził w skład eskorty podobnych mu bydlaków, ochraniających ładunek ‘S-K’ w drodze do 55’75’.

To już dało do myślenia wszystkim członkom oddziału Delta. W burzy mózgów padało kilka opcji. Była nawet taka, iż Archibaldów może być tu zakopanych więcej. Jednak ostatecznie – oraz ku konsternacji wszystkich obecnych – zrodziła się... mrzonka. Mrzonka, iż tam, pod 55’75’, są ludzie. Ludzie, którzy walczą z Molochem na jego terytorium. I nie poddają się, nawet gdy cały chrzaniony front Nebraski jest już oddalony od tego miejsca o jakieś 60 – 70 km.

Szybko narodziła się w grupie myśl, iż cokolwiek eskortowały te czołgi, pozwoliło przetrwać temu miastu. I choć motywacje oczywiście były różne – jedni chcieli położyć na tym ‘czymś’ łapy, inni, w jakiś sposób przysłużyć się ludzkości w walce z Molochem – niemniej, oddział Delta postanowił, iż, w chaosie działań wojennych, nikt ‘chyba’ nie zauważy jednego małego oddziału przesuwającego linię walk na jednym odcinku frontu o te 'marne kilka' kilometrów. Archibald świadkiem, iż tak właśnie będzie.

Po ustaleniu wszystkiego i powrocie do bazy (zahaczając też o ‘Hell’s kitchen’), przydzielono sobie zadania do wykonania. Szajbus, jako ‘ważny oraz szanowany’ oficer, będzie starał się zamydlić oczy sztabowi generalnemu i tak pociągnąć ze parę sznurków aby o całej akcji nikt się nie dowiedział. Natomiast Drake i Matt, po zdaniu raportu, rozejrzą się po Posterunku w nadziei odszukania dwóch osób do oddziału Delta, za pomocą których zrealizują swój chytry plan. Okazja nadarza się bowiem idealna. 

Coś się dzieje - cały Posterunek się mobilizuje...

- - -

Zawsze bowiem istnieje nadzieja. Istnieją bohaterowie, którzy biorą w swoje ręce losy tysięcy istot, święcie wierzących iż ich czyny zapewnią im spokój oraz bezpieczeństwo. 

Tyle tylko, że nie zawsze posiadają oni czołg ;).

Pozdrawiam,
Michał „Skryba” Ziętek.

PS. Tym sposobem, jako MG (n/c), rozpocząłem mini-kampanię w NS. Sesja odbyła się w sobotę. Gracze: Drake (BG Łukasza) i Matt (BG Dawida). Traktuję to jako nader miłą odskocznię od ostatnich ‘szybkich’ dni a, po udanej sesji, jestem przekonany, że będzie nam wszystkim bardzo wesoło. Zresztą...

Sądzę, że czołg będzie dobrym argumentem przemawiającym za naszym awansem’ – Matt.
Cisza w eterze. Halo? Słyszy mnie ktoś? Posterunek na linii! - chcę pizzę z anszua.’ – Drake.

... sami widzicie, iż komicznych sytuacji nam nie brakowało ;).

0 opinii.:

Prześlij komentarz