Romanse z karciankami - Dominion.

Witajcie. Tak się ostatnio złożyło, że wraz z mymi znajomymi (ponownie tej roli duet Łukasz & Dawid - pozdrawiam Panów ;]) zagraliśmy w tytułową pozycję. W przeciwieństwie do poprzedniej gry (Dungeoneer), Dominion budzi uznanie swoją... wielkością. Tylu kart jeszcze w życiu nie widziałem! – i, co jest prawdopodobne, raczej zbyt szybko nie ujrzę ;). Czemu? - a, przeczytajcie sami. Zapraszam do mini-raportu.

Przede wszystkim, sama rozgrywka była bardzo odmienna od tego co proponował Dungeoneer - i, niestety, średnio przypadła mi do gustu. Opierała się ona głównie na budowanie swej talii 'królestwa' poprzez dobór odpowiednich kart w każdej turze, podzielonej odpowiednio na fazę losowania kart, fazę akcji i fazę kupowania. Brzmi nieskomplikowanie? – cóż, wcale to takie proste nie było. Za to losowe – jak najbardziej. Że aż zacytuję pewnego jegomościa nieobecnego podczas partyjki: "to taka gra gdzie często się tasuje".

Przyznam szczerze, że początkowo w ogóle nie rozumiałem o co w tej grze chodzi. Fakt, były jakieś punkty zwycięstwa (te tarcze, które widzicie w miniaturce dzisiejszego wpisu), ale z instrukcji wyczytałem, iż nie warto się skupiać na ich zdobywaniu gdyż, same w sobie, nic do rozgrywki nie wnoszą (poza faktem, iż zlicza się je pod jej koniec by ustalić kto jest zwycięzcą). Plus - 'zamulają' samą talię - czasami było tak, iż na pięć dobranych kart 4 były zielone = bezużyteczne. Tyle teoria.

Praktyka? – kiepska. Początkowo jeszcze ogarniałem zasady. Dobór 5 kart z talii, patrzenie czy nie ma kart akcji, jak są – użyć, jak nie, patrzenie czy są żetony symbolizujące złoto, jak są, patrzeć czy da się coś za nie kupić. Odkładanie kart. Dobór 5 kart z talii. I tak w kółko. Przy 10/15 kartach w talii dało radę jakoś to w głowie uporządkować. Ale kart szybko przybywało. Zdecydowanie za szybko - w pewnym momencie grałem bardziej 'na czuja' niż, ośmielę się rzec, 'używając rozumu' :P.

A potem było jeszcze gorzej, gdyż trzeba było tworzyć nielubiane przeze mnie combosy. Nigdy specjalnie nie pociągał mnie power play w RPGach, takoż i w planszówkach średnio wchodziły mi do głowy potencjalne kombinacje kart. Skończyło się na tym, że tworzyłem max. 8-kartowe comba. Płocho, biorąc pod uwagę iż Dawid zazwyczaj robił je z 15/20 kart. Łukasz był w sumie na moim poziomie jeśli idzie o comba... ale za to jeśli idzie o znajomość kart idzie, był nie do prześcignięcia.

Dlatego też, szans wielkich na wygraną nie miałem ;) (trzeba się jakoś usprawiedliwiać, nie :P?). Szybko zrozumiałem, iż Dominion to taki planszówkowy poker gdzie trzeba wykuć setki kombinacji (i zawsze o nich pamiętać), ciągle obliczać w pamięci prawdopodobieństwo pojawienia się jakiejś karty w swojej talii oraz, co powyższe, rozumieć działanie wszystkich kart (a jest ich bez liku i trochę) i tworzyć z nich combosy, które np. spowodują przetasowanie całej talii kart raz jeszcze. Podejście pierwsze i... ostatnie miejsce – gramy dalej ;).

Powtórka była jeszcze bardziej brzemienna w skutkach ;P. Gdy już myślałem, że wiem co te karty w ogóle robią – okazało się, że... jest ich jeszcze więcej. Ba, jest ich całe cholerne pudełko! Dominion buduje się jak z klocków Lego – zawsze można usunąć jakiś typ kart i zastąpić je innymi. I tak też właśnie się stało – chyba Łukasz uznał, że tym razem dodamy trzy nowe typy kart. Starałem się je oczywiście zrozumieć - z mizernym rezlutatem (co się zemściło w przypadku karty Ogrodów). Efekt?

Zabawny ;) – znów nie miałem szansy wygrać. Moi przyjaciele z miejsca rzucili się na ‘swoje wypatrzone i sprawdzone’ karty (po czym 'oczywiście' zaczęli tworzyć z nich comba), natomiast ja, zmieniwszy strategię, miałem tylko nadzieję na to, iż tym razem nie będzie aż tak tragicznie. Było... jeszcze gorzej niż za pierwszym razem. Cóż, ostatnie miejsce po raz drugi. Niemniej, powoli zacząłem chwytać, że pewnych kart się po prostu nie dobiera - co, niestety, jest dla mnie wielką słabością* Dominiona.

Tak czy inaczej, ma duma (jak pies zwał tak zwał ;P) domagała się rewanżu. Tym razem doszła tylko jedna karta, reszta pozostała taka sama. Tym razem też dokładnie zapoznałem się z tym co ona robi, po czym... i tak ją zignorowałem ;). Wiedziałem bowiem czym mogę się bronić, więc, szczęśliwie, ta część strategii była bez zarzutu - i, rzeczywiście, moja defensywa nie została przełamana przez żadnego milicjanta nasyłanego na mnie przez znajomego. Na tym jej plusy się jednak kończyły ;).

Propo kończenia. Grę można skończyć (skończyć, nie wygrać!) na dwa sposoby. Gdy wszystkie karty Prowincji (dające AFFAIR 6 punktów zwycięstwa) zostaną podebrane - oraz gdy 3 dowolne inne talie kart zostaną podebrane. To ostatnie wykorzystał Łukasz - przez co, trochę szybko, skończył rozgrywkę. Podliczyliśmy punkty. Dawid nie miał jeszcze pełnej talii kart by móc tworzyć swoje comba - ja natomiast, nie miałem wystarczającej ilości punktów zwycięstwa by wygrać z Łukaszem. Ostatecznie, on był pierwszy, ja drugi a Dawid - ostatni. Postęp :P.

Generalnie jednak jestem w stanie zrozumieć pewnego ojca, od którego moi znajomi kupili tą grę. Stwierdził on, iż jego dzieciom się ona nie spodobała gdyż jest zbyt skomplikowana - z czym, nawet jeśli dzieciństwo już za mną (choć wcale nie aż tak dawno bym miał zrazu twierdzić iż jestem nader wiekowym pół-czortem ;P), ale muszę się z tym w 100% zgodzić. Dominion - przynajmniej dla mnie - jest bardzo skomplikowany. I raczej nie miałbym ochoty zagrać w niego po raz czwarty. Przynajmniej bez pewności, że rozumiem działanie wszystkich kart.

A takiej pewności - nie będę miał nigdy.

Pozdrawiam i - mimo wszystko - dziękuję za mile spędzony czas ;)!
Michał "Skryba" Ziętek.

PS. * - jeśli coś nie jest używane w grze (nigdy albo bardzo rzadko), to po co w ogóle było tworzyć te karty?

4 opinii.:

Dominion to karcianka, nie planszówka.

Dla mnie Dominion jest nie tyle skomplikowany (gra polega na tym by najpierw zbudować najefektywniejszy deck w budowaniu comba, a pod koniec gry zbierać punkty zwycięstwa) co po prostu przewidywalny. Grałem trochę na Zlocie Poltergeista i szczerze mówiąc gra lekko mi się znudziła. Ta powtarzalność i przewidywalność rozgrywki: zawsze wiadomo, jakie karty brać, a jakich nie.

Fakt! - poprawione ;). Pewnie myślałem o Dungeoneerze jak pisałem powyższą notkę. Dzięki za zwrócenie uwagi.

Co do powtarzalności - zgadzam się w pełni z ostatnim zdaniem. Ja niestety tej wiedzy, cóż, nie posiadałem :P.

Pozdrawiam,
Skryba.

Fajnie, że w blogosferze pojawiają się notki odnośnie gier planszowych i karcianek. Sam właśnie przeżywam drugą miłość do nielubianego raczej 51. Stanu (co zresztą widać na blogu ;P). Planuję zakup jakiejś gry (może dwóch?) i takie wpisy czasami więcej dają aniżeli komentarze "och" i "ach" na Rebelu.

@ Tweet - tym razem nieskromnie powiem, iż powyższy wpis ma raczej większą wartośćmerytoryczną niż 'och'/'ach' :P. Z podobnego powodu z wielkim zaciekawieniem śledzę co 'u siebie' piszesz o 51. Stanie.

Niemniej, tak jak pisałem w Dungeoneerze - w moim przypadku to nie miłość, co najwyżej flirt ;). Wolę jednak RPGi - chociaż osobiście nie porównuję tych dwóch typów gier.

Nie da się jednak ukryć, że jeśli trafię na coś, co nie jest erpegiem a co, w moim odczuciu, dało mi niezłego kopa - piszę o tym wprost, bez silenia się na doszukiwanie wad :).

Pozdrawiam,
Skryba.

PS. Propo pisania - pewnie wieczorem dam Ci znać na maila co i jak z pewnym dniem :P.

Prześlij komentarz