Romanse z planszówkami - Dungeoneer.

Witajcie,
Dzisiaj nie ujrzycie żadnych wpisów z akcji SD.PL - winny jest... Dungeoneer! Gra, w którą rozegrałem dziś dwie niezwykle owocne partyjki, sparaliżowała jakiekolwiek me tzw. aktywności umysłowe w drugiej połowie tego, jakże pięknego jeśli o pogodę idzie, dnia. Ironia losu - gdy była nader brzydka pogoda, lekko psioczyłem że siedzę w domu i wszystko co robię to gra na gitarze i/lub tłumaczenie tekstów.

A jak tylko się rozpogodziło - siedzę w domu (no, powiedzmy) i gram w Dungeoneera, damn ;P

Co prawda nie jest to recenzja tej karciano-planszówkowej pozycji - a raczej spis ogólnych wrażeń z czasu przy niej spędzonej. Oraz subiektywnego funu jaki dała ona tak mym znajomym (zresztą, co ja będę pisał - to ich własność jakby nie patrzeć, to oni ją zakupili... chwała im za to ;P) jak i niżej podpisanemu.

Warto też zaznaczyć, że z tego typu grami prowadzę raczej flirt niż darzę je bezgranicznym uwielbieniem (tak się składa, że w ostatnią planszówkę grałem na Pyrkonie [kurczę, nie chce mi się spisywać jakiejś notki o tym czy i jak się tam bawiłem]) - ale nie mogę zaprzeczyć, że gdy już trafię na jakiś dobry (IMHO) tytuł, dostarcza mi on niemalże tyle zabawy ile jakaś zacna sesja RPG. A biorąc pod uwagę, że graczem 'szeregowym' bywam rzadko, powoli zaczynam rozumieć tą magię tkwiącą w nieco (po)mniejszych - ale dopracowanych - grach... takich jak Dungeoneer.

Jednakże początek mojej styczności z tą grą raczej zniechęcał - instrukcja, choć zgrabna i niewielka, zawierała w sobie całkiem sporo zasad do ogarnięcia. Ostatecznie poddałem się po paru stronach i założyłem, że - jak to zwykle bywa - wszystko wyjdzie w praniu. Dopytałem się tylko moich doborowych towarzyszy (Dawida oraz Łukasza, bardziej obytych w planszówkowym świecie niż ja) o kilka intrygujących mnie elementów rozgrywki i, po po-podziwianiu żetonów, kart oraz postaci - rozłożyliśmy pierwsze klocki nowego lochu na dywanie. Następnie szybko wylosowaliśmy sobie postacie - mi trafił się krasnolud mściciel (dobrze pamiętam?). Not bad - pomyślałem.

'Bad' przyszło zaraz potem ;P. Musiałem się co parę minut dopytywać co mogę a czego nie mogę + starałem się zapamiętać rady dawane mi przez w/w. Oraz, przyznaję, obserwowałem ich styl rozgrywki, bacząc na to w jaki sposób grają. Sama gra jest genialna w swoim założeniu - każdy ruch po planszy daje postaci punkty Chwały ale jednocześnie podbija jej punkty Grozy. Za pomocą punktów Chwały 'robisz dobrze' swojej postaci (przez kupno ekwipunku, buffów, enhantów, et cetera) - a za pomocą punktów Grozy ktoś robi Twojej postaci ku-ku w fazie rozgrywki nazwanej Władcą Lochu (każda runda gracza ma kilka faz). Tam też pojawiają się Potwory (i walka z nimi).

Których jakoś przez większość czasu rozgrywki w ogóle nie wykorzystywałem - sam nie wiem czemu (czyt. musiałem najpierw podpatrzeć jak korzystają z nich moi współ-gracze ;P). Przez pierwsze rundy grałem dość pasywnie - łaziłem po kafelkach, zbierałem punkty Ch/Gr i ciągle baczyłem gdzie mam się udać by wykonać Zadanie (o, od nich wiele zależy - levelowanie postaci i samo zwycięstwo w grze to kluczowe beneficja powiązane z questowaniem!). Co wykorzystywali pozostali gracze - szybciej niż ja wykonali pierwsze zadania i zaczęli szukać kolejnych. A, no i warto tu wspomnieć o niewyobrażalnym szczęściu do kości Łukasza. Przez 99% rozgrywki nic nie było mu w stanie zagrozić.

Zacząłem nieśmiało atakować. Udało mi się wykonać pierwsze zadanie, zyskałem ekwipunek oraz plejadę mych osobistych Potworów (a.k.a. Horda). Zbierałem też uważnie karty do ręki (max. 5), ufając, że część z nich da mi w przyszłości kilka sukcesów - jak się okazało, nie całkiem się to założenie sprawdzało. Lecz, cóż, jakoś sobie dawałem z tym wszystkim radę - i wykonałem swoje drugie zadanie mniej więcej wtedy gdy reszta trupy także wykonała swoje. Zostało ostatnie, trzecie zadanie do wykonania. I niespodziewanie chyba dla wszystkich - ruszyłem z kopyta.

Co prawda postać Dawida została poniekąd wykończona przez Łukasza - przez jego Hordę ten pierwszy dość szybko stracił niemal całe swoje punkty życia (został mu... jeden punkt), co oczywiście sprawiało, że to właśnie postać Łukasza obrał sobie za cel nr 1 do wyeliminowania. Tym bardziej, że skubaniec był relatywnie najbliżej wykonania swojego trzeciego zadania - i wygrania całej rozgrywki. Stał dosłownie w progu kafelka lochu, w którym miał się znaleźć by pomyślnie je zakończyć. Ale - jak napisałem w poprzednim akapicie - uznałem, że czas na kontrę.

Wpierw wykończyłem postać Łukasza (też miał mało HP po walce z własnym klonem oraz utarczkami z postacią Dawida) - szczurem ;P. Zaryzykowałem, bo gryzoń strasznie słaby był jeśli o atak idzie (a nic innego nie mogłem na niego nasłać). Niemniej - tym razem, w tym 1% całej tej rozgrywki, kości Łukasza zawiodły go w najbardziej krytycznym momencie. Szczur, o dziwo, rozpykał na cacy najbardziej doświadczoną postać w grze (a ile ona miała dobra! - piękna Horda, pikne przedmioty, niezłe buffy - normalnie żywa chodząca forteca). Co wywołało parę soczystych komentarzy, utrzymanych niemniej w nader przyjaznym tonie, z ust pozostałych uczestników gry ;].

Dawida nie udało mi się skasować - raz, nie miałem punktów na dogryzanie jego postaci (tym bardziej, że się uleczyła), dwa - w mojej talii była ciekawa karta, pozwalająca przenieść dany kafelek lochu w prawie dowolne miejsce na planszy. Na szczęście w tym 'prawie dowolne' mieścił się kafelek, w którym czekało na mnie wykonanie ostatniego zadania - pokonania maga. Kiepsko mi się wylosowało to zadanie - na magii mój krasnolud znał się dopóty dopóki ktoś nie odebrał mu mózgu... erm, tzn. przedmiotu nazwanego mózgiem kogoś-tam, który dawał mu premię +1 do bazowej wartości magii, będącej okrągłym zerem ^^.

Ponownie zaryzykowałem - i wygrałem! Pokonałem maga magią ;P (dość fuksiarsko, ale kości były pod koniec po mojej stronie). Wszyscy, łącznie ze mną, zgodnie wtedy stwierdzili: 'szczęście początkującego' - i postanowili(śmy) zagrać rewanżyk, tym razem w kolejny stand-alone do Dungeoneera. Bardziej pustynny. I pełen smoków. Na początek, postanowiliśmy ułożyć 'loch' (powierzchnię raczej) od razu (poprzednio każdy z graczy dokładał do niego w swej turze [w fazie Budowania] jeden kafelek), oczywiście nie informując się początkowo o tym jakie mamy questy (i na które kafelki musimy dojść by je spełnić).

Dlatego też zazgrzytałem cicho zębami gdy Łukasz położył bardzo wartościowy dla mnie kafelek (na którym musiałem wykonać OBA moje wylosowane questy) na samym końcu 'lochu', daleko od naszego miejsca startowego. I za piękną ścieżką zdrowia. Sam natomiast, ryzykując, umieściłem blisko nas miejsce, w którym można było spełnić ogólny quest. Szczęśliwie, myślałem sobie, będąc pierwszym w kolejce - szybko tam podskoczę i przy małej dawce szczęścia (wyrzucić 5 lub 6 na k6), uda mi się już w pierwszej rundzie spełnić jedno zadanie. I wiecie co? - mojej elfiej kapłance tak właśnie się przydarzyło ;]. Pierwsza tura - i już drugi poziom!

Pozostali gracze pewnie mieli już na uwadze, że fory dla nowego się skończyły - obrywałem częściej niż poprzednim razem. Tym razem jednak - wiedziałem co zrobić by oddać ;]. I tak - nie miałem wątpliwości, że trzeba trzymać Łukasza w ryzach, więc, na dzień dobry, gdy był już na planszy gdzie mógł spełnić dwa zadania (nie udało mu się to w jego turze), bezpardonowo... teleportowałem go w daleki punkt 'lochów', najeżony pułapkami tak jak sosna igłami ;P. I w zasadzie Łukasz został tam już do samego końca gry... peszek ;].

Ja natomiast, łeb w łeb z Dawidem, biegałem tu i tam by zebrać niezbędne do wykonania zadań przedmioty (ok, ok - księżniczka złodziei nie była przedmiotem w mym ekwipunku, nie czepiajcie się ;P). Niemniej, cóż, miałem pewną tajną broń o której nikt poza mną nie wiedział - kartę, dzięki której mogłem  teleportować się ze specyficznego pola w dowolne inne pole 'lochu'. Nie muszę dodawać, że gdy tylko księżniczka była moja ("Wszystkie najpotężniejsze kobiety tego świata będą moje!" - dowcip sytuacyjny zrozumiały tylko dla mych znajomych ;P) - bezwstydnie wyciągnąłem tą kartę z ręki i teleportowałem się hen, daleko - na pole, które ktoś tak podle umieścił na końcu pięknej trasy, której 'konwencjonalne' przejście bardzo by moją elfkę bolało.

I się zaczęło.

Dawid skumał się pierwszy, że na tamtym polu mogę wykonać nie jedno a DWA swoje zadania - i ZNOWU wygrać partyjkę. A że zgromadziłem przez te moje 'skakanie' tu i tam w diabły punktów Grozy, i on i Łukasz mieli przez swoje tury niezłą zabawę pt.: "Wykosić mu HPki! - może przy odrobinie szczęścia zginie mu ta elfia sroka!" ;]. Fakt faktem, Dawid ostro zjechał jej punkty życia - pozostały zaledwie 3. Tu nie było zmiłuj się - combosy z jego ręki szły w fazie Władcy Lochu niczym pestki z kałasznikowa. I, niech to czort zadynda, wszystkie trafiły prosto w biust mej kapłanki. Z niepokojem patrzyłem na to co zrobi Łukasz.

Nie było zaskoczeniem, że i on chciał mi wtłuc ;P (w końcu przez kogoś spędził znaczną część rozgrywki na jakimś zadupiu - adnotacja: następnym razem wykańczać, a nie zostawiać na pastwę losu ;P). Ale i tym razem kości były po mojej stronie. Na trzy ataki - wszedł tylko jeden. A ja z szyderczym uśmiechem przyjąłem do wiadomości fakt, że właśnie nastała moja tura. A ze statsami mej 3 poziomowej (acz nieco podupadłej cieleśnie) elficy - na wszelki wypadek podleczonej o +1 HP - ostatnie zadanie było betką. Nawet nie musiałem rzucać. I znowu wygrałem. A ile się przy tym przyjacielsko po-wyzłośliwiałem to, ho-ho :).

Ale, tak poważnie - Dungeoneer jest, po pierwszym wrażeniu, bardzo dobrym sposobem na mile spędzenie godzinki lub dwóch (ta pierwsza partyjka trwała oczywiście dłużej, ale druga - cóż, była znacznie szybsza). Po prawdzie z pewnością dałoby się doszukać w niej jakiś wad - ale bawiłem się tak przednio, że, po prostu, jeśli nawet one istniały, moja psyche podświadomie je ignorowała, nakazując gnać do kolejnej komnaty, ciągnąć kolejne karty, wykonywać kolejne zadania...

... to co, kiedy kolejna partyjka, Panowie ;)?

Pozdrawiam i dziękuję za mile spędzony czas!
Michał "Skryba" Ziętek.

PS. Miałem wrzucać zdjęcia - ale chyba sobie daruję umieszczania w tym wpisie kolejnych porcji 'szpilek' :P.

0 opinii.:

Prześlij komentarz