Karnawał Blogowy RPG #23 – Zanim zagraliście pierwszą sesję... moje wspomnienia.

Powspominajmy (sugeruję włączyć tu jakąś klimatyczną muzykę - taką, na przykład). Początek nowego tysiąclecia. Azaliż był to pochmurny, deszczowy dzień – w dodatku poniedziałek (cóż, nienawidzę poniedziałków od urodzenia). Nieświadomy wtedy niczego - siedziałem w swym na poły zaciemnionym pokoju gdzie zajmowałem się, dziś już staroświeckimi i niemodnymi, rzeczami – czytaniem książek (głupie, nie?) – gdy niespodziewanie usłyszałem roznoszący się po całym domu przerażający dźwięk: dzwonka od drzwi (a musicie wiedzieć, że w blokach są one wyjątkowo głośne i niemiłosiernie irytujące miłujące spokój pół-demony). 

Pierwsza myśl – strach. Rodziców jeszcze nie było, w dodatku pora na odwiedziny nader dziwna. Nic to jednak, uzbrojony w zrolowane w packę na muchy CD-Action, zmierzam ku wyjściu. Zerkam przez Judasza i oczom mym ukazuje się czwórka (a może trójka? – to wspomnienie ciągle wywołuje u mnie szybsze bicie serca i uruchamianie systemu chroniącego mą jaźń [czyt. luki w pamięci]) mych znajomych z gimnazjum/podstawówki. 'Czego oni mogą chcieć?' - dumałem, przekręcając zamek drzwi (kurczę, może powinienem wówczas zamknąć się na cztery spusty i udawać że mnie nie ma?).

Otwieram. Przede mną, niczym gwardia narodowa, dumnie pręży swe umięśnione klaty kilku rosłych i pokaźnych facetów. W dodatku, cholera, jakoś dziwnie się uśmiechają. Czekają. Niczym bestyje osaczające swą ofiarę. Nim się zreflektowałem – było już za późno. Któryś zaszedł za moje plecy. Dwaj pozostali zagrodzili drogę do kolejnych drzwi na trzecim piętrze mojego bloku: sąsiedzi, moja jedyna deska ratunku, przestała istnieć. Czwarty natomiast, jeśli w ogóle był wówczas obecny, nadal z nieco niepokojącym uśmiechem usadowił się tuż obok sporej metalowej (i odczepialnej) drabiny, która zwykle służyła do wejścia na dach trzypiętrowego gmachu. Znów cicho zakląłem. Niemniej, bystro łypiąc ślepiami (grając na czas), pytam się kulturalnie towarzystwa czym zasłużyłem sobie na zaszczyt bycia nawiedzonym przez tak zacne personalyia. Oby przeklęty był dzień w którym przez me usta padło to pytanie!

Albowiem tuż po nim, Łukasz, mój przyjaciel psia go mać, zaczął swą przemowę... o erpegach. Ho! - pomyślałem wtedy - może nie będzie jednak tak źle. W końcu, zawczasu gadaliśmy już o nich na szkolnych podwórzach, myśleliśmy że to całkiem fajna sprawa i żałowaliśmy, że w takiej dziurze jak Koło kwestia ewentualnej gry będzie raczej problematyczna. Każdy z nas o tym wiedział – więc, kiedy Łukasz po raz kolejny przytoczył nam prekursor dzisiejszego motta z reklamy pewnego banku („Gdy młodość uskrzydla – koszta uziemiają”), ze smutkiem, ba, nawet ze współczuciem nad naszym losem, przyznałem, niech mnie piekła pochłoną, że, cóż, nawet gdybyśmy mieli dostęp do kości i podręczników, to nader ciężko byłoby znaleźć kogoś, kto się na tym wszystkim zna i kto nie miałby żadnych oporów przed poprowadzeniem całej naszej piątce mitycznej ‘sesji el-pje-gie’. To był błąd. Te sępy od razu wyczuły moją słabość. Nigdy więcej!

Tuż po Łukaszu, głos zabrał imć Kuba. Ten to miał gadane. Tak, tak – ten sam czort, który bywa tu czasami w mym Ogrodzie. Który zaprojektował całkiem zacną grę. Tak, grę RPG. Wtedy nigdy bym nie przypuszczał, że dojdzie do tego iż będziemy własne gry robić. Ale kto by mógł to przypuszczać po takiej miłej, spokojnej oraz hipnotyzującej przemowie, którą wówczas usłyszałem. Ach, ile tam było słodzenia i sprytnego zadośćuczyniania mej próżności. Usłyszałem, iż być może uda się skołować podręcznik gracza do D&D (nie wiedzieliśmy której edycji). Usłyszałem, iż całe to zacne gremium osobliwości, uznało jednogłośnie   (poza samym zainteresowanym, oczywiście) że mam być czymś, co opatrzono mianem ‘mistrza podziemi’. Spodobał mi się ten tytuł mistrza. W międzyczasie doszedł do głosu Dawid, brat Łukasza, który – na spółkę z Arkiem, bratem Kuby – przeprowadzili kończącą szarżę na moje, zmiękczone uprzednim połechtaniem mego ego, pozycje obronne.

Skurkowańce, dobrze to sobie wszystko obmyślili. Wiedzieli w które punkty uderzyć. Zresztą, który z nas –prowadzących– nie poczułby się dowartościowany, słysząc piękne słowa: „Potrzebujemy kogoś kto jest ironicznym, sarkastycznym chamem, wprost stworzonym do bycia mistrzem gry. I dlatego też sądzimy, że byłbyś idealnym kandydatem.”. Rozczulili mnie. Zgodziłem się. Okazałem się miękką kluchą. I... cholera, nie żałuję aż po dziś dzień ;P! Nasze pierwsze sesje były nader toporne (oj, bardzo – spadające z nieba tabliczki z napisem: „Mistrz Gry sugeruje byś siedział cicho!”), że o problemach logistycznych (vide: skąd wytrzasnąć kości? – początkowo sam musiałem napisać w VB 6.0 specjalny program symulujący rzuty kością), teoretycznych (‘...ej, ale skoro gramy w edycję 3.0 – to dlaczego nasza KP ma minusowe wartości?’) czy, ogólnie mówiąc, notoryczne narażanie się na gniew sił wyższych (jeśli myślicie, że to bajki iż rodzice sądzą, że sesje RPG = sekta RPG, cóż, mylicie się ;>) – nie wspomnę.

Niemniej, jakoś nam to szło. Przaśnie, ale urok swój to mimo wszystko miało. Wkrótce mieliśmy już i podręczniki i kości i nawet oficjalne przygody do D&D! Nie powiem jednak bym długo zagrzał miejsce prowadzącego – po +/- 10 ‘sesjach’, oddałem (w trakcie sesji! – byście widzieli ich miny ;P) pałeczkę MG Kubie (chyba przez to, że któryś z graczy mnie wkurzył dlatego, że nie słuchał jak prezentuję ‘piękny i wytworny’ ™ opis... komina [bo to chyba był komin, przez który BG mogli –podług jednej z przygód do D&D– zejść do legowiska orków]), a sam, cóż, sam zostałem graczem. Pamiętam także, że wówczas stworzyliśmy nowe postacie, którymi graliśmy... sporo, bo ponad dwa lata. Wtedy też doszło do pewnego przetasowania. Otóż, gdy po tych 2. latach odszedłem z drużyny (...powiedzmy, że ktoś był skąpą kutwą w rozdawaniu nam PDków + Riszhlezz mnie wkur...ała-ała ;P [to tylko taki żartobliwy przytyk, mój drogi Mistrzu Podziemi ;]]) – zająłem się szerzeniem dobrej nowiny erpegowej na nieco wyższym poziomie nauczania: liceum. I znów zostałem prowadzącym. Oczywiście D&D.

Niemniej, choć jest to zupełnie inna historia, to jednak nie w D&D a w mym ukochanym WoDzie rozwinąłem swoje mroczne skrzydła i otrzaskałem się w funkcji prowadzącego.

A Dawid & Arkadiusz... chyba mieli rację ;).




Pozdrawiam wszystkich – zwłaszcza mych pierwszych graczy (...o ile ci drudzy umieszczą tu komentarz ;P),

Michał „Skryba” Ziętek.


PS. Aż trudno uwierzyć, że od tamtej chwili minęło już grubo ponad 10 lat. I aż dziw, że wciąż pamiętam tą chwilę tak dobrze jakby wydarzyła się ona wczoraj (no dobra, przyznaję się, trochę to wszystko podkoloryzowałem ;]). Niestety, pierwsze karty postaci zagubiły się w zawirowaniach dziejów, niemniej, kilka rzeczy udało mi się uratować od zapomnienia. 

Tak, tak, moi drodzy gracze, Wasz prowadzący jest innym typem kutwy, kutwy zbierającej wszystko to, co przyniesiecie mu na sesję i nie poprosicie w trakcie jej trwania o zwrot, dajmy na to, tych cyrogra... khym, Waszych kart postaci, oczywiście ;].

Co zresztą widać po tym co jeszcze umieściłem w tej notce ;). M. in. - pierwsza postać Kuby (zapewne wraz z pierwszą jego historią postaci w życiu ;P [żeby nie wspomnieć o 'lekko' przegiętym ekwipunku ;P]), rozrysowanie wszystkich - a nawet więcej, bo dalibóg nie pamiętam bym nasyłał na nich w Wampirze Orca ;P - BNów w pewnej kampanii WoDa przez Arka (ciekawe, iż wśród złych gości umieścił też jednego BG ;]). Oraz... karty postaci najdziwniejszej drużyny erpegowej jakiej miałem zaszczyt prowadzić - złożonej z łowcy wampirów (Arka), maga (Kuby), przepakowanego i nieoficjalnego (bo będącego postacią z dodatku ;P) nieśmiertelnego (Łukasza) oraz mag... hm, wampira - Abla - którego kartę trzyma Dawid ;]. Swoją drogą, ten ostatni zawsze zabierał mi karty postaci po skończonej kampanii... ale ta jedna, na szczęście, się ostała - Twoja dusza należy do mnie, Towarzyszu ;).

Kończąc wpis - który bierze udział w Karnawale Blogowym RPG #23 by Seji - mały apel dla wszystkich, którzy dopiero zaczęli przygodę z RPG. Drodzy gracze i prowadzący - zbierajcie wszystkie karty postaci, notatki, rysunki czy co tam jeszcze na Waszych sesjach się tworzy i chrońcie przed zapomnieniem :). Po wielu latach patrząc na te 'skarby' - będziecie myślami wracać do lat 'młodości', wspominając stare, dobre czasy pełne erpegowych hulanek.

Tak jak ja to czynię. Teraz. W tym właśnie momencie ;)

PPS. To był strasznie długi PS ;P

15 opinii.:

Hahaha, przypominają mi się moje dwie teczki i zeszyt formatu A4 wypchane po brzegi kartami postaci, notatkami, ilustracjami, zajawkami i tym podobnymi niezbędnymi elementami każdej kampanii. ;] Może kiedyś wrzucę to do jakiejś notki.

Skarby, Towarzyszu, skarby powiadam ;P - ja co prawda mam tylko jedną teczkę (całkiem sporą, 'pracowniczą' - praktycznie wypełnioną), niemniej 'ile w niej dobra', nie sposób zliczyć ;).

Pozdrawiam i dziękuję za komentarz,
Skryba.

Dodane. Dzieki!

Ja mam zeszyt ze starymi scenariuszami. Dowolny fragment wypuszczony w swiat zniszczy jakiekolwiek resztki mojej reputacji. ;)

'Seji Beyond' ;P?

Dzięki za dodanie!

Peace all,
Skryba.

Te zdjęcia kart postaci przypomniały mi, że sam mam pokaźny plik (gruby jak podstawowa kniga do Wolsunga) kart postaci którymi grałem: dokładnie wszystkie, w tym ich "wersje rozwojowe" (miałem i mam nadal manierę zmiany karty postaci po kilku modyfikacjach rozwojowych postaci). Plus notatki i załączniki.

Trochę rozciągnięty ten wpis, niemniej przekrojowo ująłeś swój proces poznawania RPG, Skryba. ;)

Dzięki za komentarz, Laveris (...ciekawy nawyk tak swoją drogą, chociaż chyba dość praktyczny na dłuższą metę).

Co do rozciągłości, cóż - WoDolejstwem zajmuję się zawodowo ;P.

Pozdrawiam,
Skryba.

Zawsze miło wspominam dawne sesje i historyjki o postaciach, szczególnie te WoD'owe. Nie zapominaj, że jak zaczynaliśmy D&D to nie mieliśmy żadnego pojęcia o mechanice i bazowaliśmy wszystko na Baldursie 2; jak się liczy "trako"!?. Potem jak były podręczniki to mieliśmy przedmioty jak z MIght&Magic6; miecz +10 wymiatał. Już kończąc muszę przyznać że WoD wynosi twój kunszt na szczyty, szczególnie wtedy kiedy utrzymywałeś scenariusz w kupie mimo naszych spektakularnych działań; pamiętasz ostatniego WoD'a kiedy wyrżnąłem wszystkie strony konfliktu naraz? ^w^
Miło mi,
D.

Zbieram skarby, nie wyobrażam sobie ich wyrzucenia. Ale ja to ogólnie taki (owco)chomik jestem ;)

Mr D. - Twoje czyny i łatwość z jaką 'pykałeś' mych BNów porównać można jedynie z Twym power-gamingiem ;). I tak, pamiętam - choć widziałem to 'nieco' inaczej ;P.

Owca - sądząc po ilości podobnych wpisów w tym karnawale, takich chomików jest wiele, jednakże owco-chomik - jest tylko jeden :).

Pozdrawiam i dziękuję za komentarze,
Skryba.

Kurcze. Ja wygrzebałem kiedyś zeszyt z niepoprowadzona kampania do Bezimiennego, w czasach kiedy jego docelowym światem był Wiedźmak a na rynku był tylko czas Pogardy... Druzynowe przygody podczas wojny z Nilfgaardem i oblężenia Oxenfurtu.
Też staram sie zbierać karty, i mimo, że część zagineła uzbierało sie duże pudło...

Hah, Nilfgaard - ojczyzna mej ulubionej postaci do Wiedźmina, imć Shaka ;) (prawdopodobnie najlepszego zabójcy na Kontynencie - acz z wiedźminem się chyba nigdy nie mierzył... sądzę jednak, że jak na to co na nas napuszczał wtedy Bajarz - wiedźmin byłby ledwie wisienką na torcie ;)).

Wszystko byłoby w porządku gdyby nie fakt, iż to przez mojego BG (no, pośrednio - oczywiście) Nilfgaard przegrał pewną wojnę ;P. Aby było jeszcze zabawniej, przed przechyleniem szali zwycięstwa Nilfgaardu w tamtej bitwie - powstrzymał mnie... inny BG (krasnolud Morathor), z którym później podróżowałem ramię w ramię i którego nawet polubiłem ;P.

Jak to szło?

Morathor: 'Shak, wiesz co najbardziej w Tobie lubię? - Twoje poczucie humoru.'
Shak: 'Kiedy ja nie mam poczucia humoru...'
Morathor: 'I właśnie dlatego je lubię.'

Pozdrawiam i dziękuję za komentarz ;),
Skryba.

Nigdy nie umiałem rysować, ale pękatą teczkę z wszystkimi postaciami wszystkich moich graczy mam do dziś.

Heh, jeśli idzie o rysowanie to mam podobnie (co prawda niektórzy sądzą co innego, ale nie mają racji ;P).

Zresztą, u nas rysował ktoś inny. Ja zwykle pełniłem w drużynie funkcję kartografa - klimatyczne mapy lochów były moją specjalnością :).

Pozdrawiam,
Skryba.

Quaile nie był sierotą. Ceni się.
;)

Burżuj, burżuj ;P!

Peace,
Skryba.

Prześlij komentarz