Karnawał Blogowy RPG #22 – Pomoce do gry... poważnie?

Wypada mi zaznaczyć to już na starcie – specjalnie wielkim ‘fanem’ tak zwanych handoutów (wszelkiego rodzaju pomocy do gry: map, kart akcji oraz rekwizytów) nie jestem. Nie uważam także by były one jakimś musem orzechowym na sesji. Owszem, sam też znam kilka trików, które czasami (acz nader rzadko) stosuję – chociażby ten najbardziej banalny: kartka papieru 'postarzana' herbatą, na poczet listów, pism i co tam jeszcze się w grze przyda – niemniej, efekt finalny nie jest aż tak spektakularny by ciągle poświęcać na to swój czas i zgoła niepotrzebnie się męczyć. 

Tym bardziej, że od przeszło 10+ lat jakoś nie przypominam sobie by którykolwiek z różnych graczy obu płci przyniósł mi na sesję (oraz na inne sesje na których byłem obserwatorem lub graczem) jakikolwiek rekwizyt w ramach akcji ‘wczuwania się’ w odgrywanie postaci. 

Ale może to poniekąd być też moja wina, gdyż zwykle sam nie informowałem ich o takiej ‘możliwości’. Mogłem mieć też pecha nie-trafiania na miłośników tego typu spraw. Ewentualnie, trochę mi jednak głupio mówić 20+ letnim istotom (przeważnie w dodatku z płci uznawanej za brzydką): ‘Hej, przynieście jakąś fajną broszkę na sesję to będzie Wam się lepiej grało’. 

Ehe, jasne. Daj lepiej te kości, człowieku.

Nie przeczę jednak – odpowiedni handout może graczy bardzo zainteresować i być, jak to ujmuje imć Krzemień, ‘praktycznym’ narzędziem do wykorzystania na sesji. Przykład? – ot, mój ulubiony numer z kodem-podpisem... znacie to? – BN daje graczom zakodowany list (or whatever), BG muszą jakoś wpaść na to, że umieszczony pod nim podpis BNa, chociaż też zakodowany, może służyć jako swoista legenda umożliwiająca odczytanie zapisu – proste, ale właśnie w tej swej prostocie: genialne. Ale świece ‘dla klimatu’? Podczas mego prowadzenia różnych gier, użyłem ich jako mistrz gry cały jeden raz. Efekt? – cóż, taki sobie, nie widać było dobrze wyników na ciemniejszych kościach zaś plamy po wosku na dywanie są trudne do starcia (że nie wspomnę, że coś się wtedy spaliło). Zaciemnianie pokoju? – tak jak wyżej, jeden raz, efekt wybitnie dobry (...skoro po tylu latach gracz jeszcze o tej sesji pamięta?), ale jak na włożony trud, spokojnie można się było bez tego obyć. Poza tym była to sesja w stylu 1:1, więc, że tak się wyrażę, ‘personalny’ spot-light robił swoje bardziej niż te czarne folie na śmieci doklejone taśmą na oknach (no co, młody byłem ;]).

Wracając na chwilę do praktyczności – mapy. Mapy. I jeszcze raz mapy. To jest mój ‘wyjątek od cudu’ w przypadku handoutów. Choć naturalnie zdarzają się odstępstwa od reguły, sam ich nie robię (brak wprawy i jakby motywacji po tym jak zobaczyłem mapę fikcyjnego średniowiecznego miasta przygotowaną chyba specjalnie na sesję Wiedźmina przez jednego bajarza / kartografa [a przy okazji – studenta specjalizującego się właśnie w tego typu sprawach]), ale gdy tylko istnieje takowa możliwość – drukuję schematy i plany na potęgę. Czynię to jednak właśnie głównie z powodu ich praktyczności. Nanoszenie domów BG/BN (Wampir), rozkład ulic miast i wsi (Warhammer) czy plan bazy wojskowej (Neuroshima) ułatwia mi prowadzenie sesji. Jeśli zaś moi gracze są przez to bardziej zainteresowani tym i zaangażowani w to co się dzieje w świecie gry – w to mi graj!

Niemniej, IMHO wszystko i tak obija(/je) się o to jak chcemy, z kim chcemy oraz z czym chcemy grać. Dla jednego z moich graczy ‘rekwizytem’ niezbędnym na sesji była muzyka. Bez niej na pewno nie bawił się dobrze. Z drugiej strony, drugi z moich graczy mógł się bez niej obyć (ale nie miał nic przeciw ‘brzdąkaczowi’ na sesji). A kolejna owieczka w drużynie raz poprosiła mnie nawet o to bym tą muzykę wyłączył bo ją ona... dekoncentruje. By było zabawniej, wszystkie powyższe persona grały u mnie razem przez całą kampanię Wampira i nie dochodziło między nimi do jakiś większych ekscesów. Wot, kwestia akceptacji oraz chęci współpracy (...ponoć o to chodzi w erpegach, dacie wiarę?). Podejrzewam, że to samo można by powiedzieć w sprawie handoutów. Sądzę jednak, iż nie warto przeginać w drugą stronę – a z pewnością tak właśnie było w przypadku (ach, wspomnienia) pierwszych kampanii do D&D gdy, wtedy jeszcze jako szeregowy gracz, przez chwilę pałałem autentyczną chęcią kupienia sobie mandoliny by lepiej wczuwać się w postać mego Barda.

Miłość do tej klasy postaci przetrwała po dziś dzień – szczęśliwie, od mandoliny ostatecznie wolałem jednak gitarę. Ale nigdy nie zagrałem na niej ani jednej ballady podczas sesji RPG. W końcu, nie po to miałem te cholerne +12 do Występów (+4 z CHA, +4 z UMI, +2 z Atutu i +2 za mistrzowski sprzęt) by jeszcze silić się* na przekonywanie prowadzącego rekwizytami, że ma postać zna się na uderzaniu w struny ;).

W końcu - It’s only a game.

Pozdrawiam,
Michał “Skryba” Ziętek.

PS. * - ale czego to się nie robi(ło) dla dodatkowych punktów doświadczenia ;P. A, no i dla formalności - wpis bierze udział w Karnawale Blogowym RPG #22 by Krzemień.

0 opinii.:

Prześlij komentarz