Zapiski z sesji #15! - Neuroshima #1 - kampania: H.A.N.D. (II)

Hejka,
Cóż, jeśli kiedykolwiek najdzie mnie ochota na napisanie własnej wersji cyklu: "Graj... [tu wpisz dowolne słowo - np. muzyką ;P]', to z pewnością poświęcę obszerny rozdział tyczący się zjawiska entropii w kontekście erpegowych grup graczy. Ew. - jak na takowe grupy wpływają prawa Murphyego. Ponieważ w obu przypadkach zachodzą u mnie podobne zależności - im więcej graczy ma się pojawić na sesji, tym większa szansa, że wszystko się posypie nim ta na dobre się zacznie.

Jak wspominałem, miałem mieć na sesji 5. graczy.

No i się posypało.

Najpierw Karol dał mi cynka, że graczka nr 2 (5. os do teamu), nie przyjdzie bo się rozchorowała. Nagle. Cóż, powiedziałem jak ja to widzę po trzech próbach ściągnięcia jej na sesje NS u nas i zasugerowałem by tym razem to w/w wyszła z inicjatywą (o ile rzeczywiście chce grać). Żelazkiem, żelazkiem - jak mawia mój pen-friend. To jednak spowodowało, iż Karol, miast na 17, wpadł 'nieco' później - co było o tyle istotne, iż nie było go na owej pierwszej 'oficjalnej' sesji NS, ergo: jakoś musiał wrócić do drużyny... oddalonej o jeden dzień bezwzględny na linii czasoprzestrzeni.

Ok, to raz. Dwa, choć generalnie miałem czas, poinformowałem wcześniej graczy, iż mimo wszystko dobrze by było gdyby cyrklowali na godzinę 18 niżeli na 17 (ciężki dzień prowadzącego, zdarza się). Jak nigdy - przyszli wcześniej. Wszyscy. Tzn. - najpierw Radek, o 17, a potem, gdy wychodziłem po pierwszego gracza, napotkałem Klaudię, która poinformowała mnie, iż dziś wyjątkowo musi wyjść wcześniej z sesji... wcześniej = 19:30 max. Cool. Zgarnąłem Karola, który się zgubił na mych włościach (Wrzosy, 100% dominium mroku - od niedawna w całości, he, he, he), i wróciłem do kwatery gdzie oczekiwał na nas mr Radoslav.

Pominąłem też szczegół, że Janek znów miał przygody z PKP - przez co nieco się spóźni. 

Wiecie -  byłem wówczas bliski zrobienia tego tuż przed nosem mych trzech graczy, heh...

Szczęśliwie, 'nie takie rzeczy się robiło'. Powiedzenie graczom, że będą dostawać mniej exspa u mnie podczas gry w NS? - betka, wyjaśniłem, że w zamian za to będą płacić o połowę mniej przy rozwijaniu cech i umiejek swych postaci (czy tylko ja uważam, że ktoś przegiął z podbijaniem wartości cechy głównej z 11 do 12 - koszt: 1200 expa - kiedy średnio na jedną sesję powinno się dostawać 200/300?). Prowadzenie narracji podzielonej drużynie, w której obie części dzieli jeden dzień wydarzeń w świecie gry? - luz, kilka forteli później, zaczęliśmy grać.

Przede wszystkim, Karol. Zacząłem od jego BG. Poprowadziłem go trochę po Old Oaks, wskazałem pewien problem (jego amigos go wystawili i uciekli z miasta) oraz postawiłem przed faktem dokonanym: pan Maverick jest cholernie niezadowolony (pogorszyło mu się, ostatnio był 'tylko' wielce niezadowolony), z faktu iż reszta z BG jednak opuściła miasto. Jednakże Markus (BG Karola) nie w ciemię bity był i jest - takoż i po chwili, hm, negocjacji, ostatecznie goryle w/w go puściły + ominęła go przykra konsekwencja załapania jakiejś choroby od 'zakażacza' kupca - ot, jako gwarant, iż mimo wszystko Markus też może zwiać. Ot, dobre rzuty i odgrywanie - plus moje upraszczanie zasad (mechanika NS = toporność wychodzi w praniu).

W porządku, chronologicznie* idąc, Markus wydedukował, że pewnie reszta BG jest już w Kanzas. Jednak, po tym jak pokręcił się po mieście, szybko odkrył, że goście najwyraźniej poszli na pustynię (wcześniej robiąc taki burdel, iż ciężko było uwierzyć, iż przez miasto nie przeszedł Moloch).... Bez wody. Bez kogoś kto się na pustyniach zna. Taaa. Tak więc po skombinowaniu kurierki do pomocy (Kristiny), nie pozostało mu nic innego jak ruszenie na patrol wokoło miasteczka, w nadziei iż gdzieś tam znajdzie jakikolwiek ślad bytności drużyny (czyt. jakiegoś trupa). Znalazł... Scotta, który - jak pamiętamy - parę razy znikał na sesji poprzedniej. I też ów Scott powiedział BG Karola co się święci i gdzie się kręci. Po 'sugestii' tego ostatniego, ten pierwszy nie miał wyboru - i wsiadł z nimi do samochodu, po czym skierował ich prosto do głównego obozu bandytów.

Tam się rozstali. Scott zasugerował, iż lepiej nie wchodzić do obozu, gdyż obecnie trochę się w nim dzieje (ot, ktoś chyba gdzieś tam broni centrum bazy wroga przed nim samym, norma). Ostrzegł też paczkę samochodową przed romantycznymi spacerami w świetle żółtego księżyca - gryzonie ('wysysacze') są wyjątkowo namolne o tej porze roku. Problem w tym, że ani Markus ani Kristina nie wiedzieli nic o faunie i florze - więc informacje nt. tego jak działają te 'małe, słodkie myszki', zostawiłem dla siebie. Zamiast tego, po poranku - spędzonym w aucie (...gdzie ;P?) - nasłałem na nich świetny sposób na zakończenie znajomości: Klauna. Nie musicie pytać czy w/w para o nim wiedziała. Nie wiedziała - patrol Posterunku był wówczas w zupełnie innej czasoprzestrzeni.

Z właściwym sobie spokojem, Karol wziął kamyczka i rzucił w coś co opisałem mu jako dziwną ciężarówkę, z wieloma nieregularnie skrojonymi blachami, które najwyraźniej zbierają energię słoneczną. Cóż. Klaunowi nagle zmienił się status ze 'stand by' na 'search and destroy'. No dobra, nie byłem taki wredny - Klaun, dziwnym trafem, była to wersja niebojowa, potrafiła tylko strzelać czymś a'la moździerz, z amunicją rozpryskową (żelaznymi, dość małymi kulami, mającymi za zadanie zwalić cel z nóg). Niemniej, wystarczyło to by Kristinie nie wyszedł rzut - dziewczyna straciła przytomność. Markus miał więcej szczęścia - ba, nawet próbował być rycerzem i przez jakieś 5 metrów starał się uciekać z dziewczyną na plecach. Przez kolejne 50 - uciekał już samotnie, zostawiając kobietę i samochód w zasięgu Klauna.

Pocieszaliśmy go, iż i tak nie umie prowadzić ;P. Ale ok, reszta przygody BG Karola minęła mu raczej miło - został niemal zjedzony przez wysysacze. Niemal, bowiem odnaleźli go gracze z drużyny A. Ci, jak sobie też w tym miejscu przypominamy, skończyli swą przygodę na odnalezieniu resztek patrolu Posterunku. Średnio im pomogli ;] - głównie przepytali umierającego żołnierza o Gwiazdkę i odkryli, iż wszędzie wokoło leżą jeszcze metalowe jajka ('piły'/'szczęki' - takie miłe coś, co jak się przyklei do ciała to już na amen), których a) jakoś nie potrafili zdezaktywować, b) nie wiedzieli nawet czy one są aktywne. W międzyczasie Scott znów sobie od nich poszedł - wcześniej gadając z NPCtem/BG Janka (Johnem), który jeszcze na sesję nie dotarł.

Po tym wszystkim, gracze spuścili resztówkę benzyny z motocykla i przelali ją do swego baku, po czym ruszyli prosto na pole wysuszonych podmuchem fali uderzeniowej kaktusów. Trochę się napromieniowali (ale ostrzegałem ich co chwila licznikiem radiacji, który miał w swym plecaku John, serio!), niemniej zdołali jakoś uratować Gwiazdkę, która najwyraźniej starała się 'odciągnąć' malutkie kinder niespodzianki Molocha od swych ludzi - ostatecznie jednak znalazła się w martwym punkcie. Tu popisał się strzelec wyborowy - a.k.a. Mordecai (BG Radka), który ładnie zestrzelił jedno jajeczko lecące tuż obok szyi biegnącej do jeepa BG pani kapitan - czym odwrócił uwagę pozostałych niespodzianek. Gwiazdka byłya uratowana, ale...

... ale radiacja to jednak radiacja. Bez jodu - może być problem. Dlatego też BG zadecydowali, iż jednak do Old Oak wrócą. W drodze powrotnej usłyszeli też odgłos strzałów - to BG Karola desperacko wzywał pomocy, strzelając ze swych berret do 'wysysaczy'. Jak to dobrze, że komuś z BG wyszedł rzut na Czujność i usłyszał te boom-boomy. I jak to dobrze, że MG miał w rękawie kartę ratunkową (pogawędka NPC Scotta i NPC/BG Johna, nim ten pierwszy zniknął), na wypadek gdyby jednak ktoś tego testu nie zdał, ew. ktoś z BG uznałby, iż mimo wszystko BG Karola nie jest aż tak ważnym członkiem drużyny ;P.

I tak oto - drużyna była w komplecie. Estel (BG Klaudii) znalazła nawet kanister z benzyną, dzięki czemu wszyscy wrócili do Old Oak. Tam dołączył do gry Janek. Reszta BG natomiast postanowiła opchnąć... przyczepę do motoru. Nie powiem za ile go opchnęli - Klaudii naprawdę wyszedł ten test na handel + także zgrabnie ujęła czemu ten szajs taki drogi. Niemniej, lepiej by BG tego motocyklisty nie spotkali - frajer chyba przepuścił całe swe zarobki na taki szmelc, ech. Tak czy owak - sytuacja nagle zmieniła się ze złej... w jeszcze gorszą. Do BG Radka podszedł Szczur ('kloszard'), który, w zamian za 2 puszki jedzenia - zdradził mu, iż w mieście dla jego przyjaciół nie jest już bezpiecznie.

Otóż, okazało się, że paru gangerów wróciło do Szefa miasta i poinformowało go o fakcie, iż jacyś durnie zrobili im nalot na chatę i zakosili... jeepa. Jeepa, który właśnie wjechał do miasta. John skojarzył więc fakty, pan Maverick zaprosił ich wszystkich do biura - tylko po to by się ich pozbyć (gość kręcił iż niby cena za ich niepowodzenie 'podskoczyła' - ale nie chciał powiedzieć o ile, czyt. pułapka jak nic). Gracze, cóż, uciekli ;P - zakupili tylko w diabły benzyny, wody, trochę amunicji, wpakowali Gwiazdkę (z którą było coraz gorzej - w mieście nie udało im się kupić jodu), po czym pognali na pustynię, by nie korzystać z głównej trasy, Green Alley, prowadzącej do Kansas. Tutaj BG Klaudii niestety trochę posypał się rzut na orientacje w terenie - i tak oto BG zgubili się gdzieś w piaszczystej dziczy. Gdzieś bardzo blisko Klauna, ale o tym nie wiedzieli ;P.

Klaudia niestety musiała już iść. Za pomocą mapy udało jej się jednak ustalić, w którą stronę jechać. Ale, nim wyszła z pokoju i pognała na autobus, poinformowała resztę grupy, iż podług wiedzy jej postaci (i informacji wyczytanych z mapy), tu wokoło powinna być jedna wielka cholerna pustynia. A mimo to, gracze dostrzegli na horyzoncie jakieś zabudowania. Pożegnaliśmy Klaudię - i wróciliśmy do gry. Sądziłem, iż BG jednak tam nie wjadą - ale chyba ich ciekawość zwyciężyła. I bardzo dobrze - szczęście sprzyja odważnym. No chyba, iż się wjeżdża do 'miasta przygotowanego na nuklearne testy', rządzonego obecnie przez nocne ghule i jednego night stalkera na dokładkę. O tym jednak BG również nie wiedzieli - ale szybko przekonali się, iż w tym mieście nie są tak do końca sami.

Na początku zobaczyli ludzkie sylwetki w oddali. Ale się nie ruszały - choć Mordecai notorycznie obserwował je z lunety snajperki, żaden z nich ani drgnął. Drużyna się rozdzieliła - John i Markus poszli na zwiady, gdzie odkryli iż rzeczywiście, najwyraźniej wszystkie takie 'ludzkie sylwetki' to manekiny, przygotowane pod testy bomb atomowych. Miałem jednak nielichą radochę, opisując im 'świat sprzed wojny' (wszystko to były tylko makiety, niemniej półmrok w świecie i skąpa narracja w świecie rzeczywistym czynią cuda ;P). Wszystko też zaczęło się 'komplikować' gdy ta dwójka weszła do typowego domku wyjętego wprost z przełomu XX i XXI wieku. Tam John dostrzegł w pół-mroku pewien ruch.

To samo wówczas dostrzegł Mordecai - tzn. zaczęło mu się wydawać, iż jednak na tej ławce, którą mijali jego kompani, wcześniej ktoś siedział. Miał on jednak inne zmartwienie - coś w międzyczasie zakradło się do jeepa i pochlastało przewód paliwowy pod samochodem (adnotacja: następnym razem - spuszczać powietrze z opon). Chcąc. nie chcąc (nie chcąc ;P) - Radek opuścił NPC/BG Klaudii i Gwiazdkę, po czym wyszedł, tym razem z dubeltówką, na małe podchody w kotka i myszkę. Niestety, trochę opornie mu szło, więc dość szybko wróciłem narracją do pozostałej dwójki. Ci mieli więcej 'szczęścia' - szybko odkryli, kto z 'manekinów' w tym budynku jest 'żywy' i zaczęli z nim rozmowę.

Istota, albo istoty, była ciekawa postaci graczy. Niemniej, podczas gdy John gadał z jednym z przedstawicieli, Markus zauważył, iż wcześniej w kuchni nikt chyba na krześle nie siedział - były raczej ciekawe graczy, nie szukały zwady. Chciały jednak by BG sobie pojechali - ale puszczą ich wolno tylko gdy oddadzą jedną ze swych kobiet. Zapytani dlaczego, odpowiedzieli, iż dziś w nocy zawitają do nich 'mistrzowie', którzy zabiorą od nich ich 'boga', więc desperacko poszukują nowej 'bogini'. Myślę, iż Klaudia by poszła na taki układ ;P. Anyway, uznali że jednak przemyślą sprawę i dadzą im znać. Natomiast Radek w końcu 'przegonił' pokurcza, który dorwał się do BG Klaudii i patrzył jak ten znika w ciemnościach, które powoli zaczęły się w mieście rozjaśniać, jakby ktoś podpalał łuczywa - lub rozpalał ogniska.

Ponownie, gracze uciekli ;) - choć teraz sytuacja była bardziej dramatyczna. Chodziło o to, iż tamte istoty chyba się BG przyglądają. Janek jednak zaryzykował - szybko wczołgał się pod jeepa i naprawił przewód, Karol stał na zewnątrz z kanistrem benzyny i w chwili gdy ten pierwszy skończył, dolał do baku całość, Radek natomiast siedział za kółkiem i czekał aż wszyscy znajdą się w samochodzie. Płonące strzały lecące od strony miasta mutantów rozświetliły noc a jedna z nich... podpaliła plamę benzyny, która rozlała się po piasku. Gracze mimo to dali radę - nie zagrzebali się w piasku i ruszyli w stronę Kansas. Po drodze minęli bardzo ładny samochód, mknący w stronę 'sztucznego miasta'. Nie dążyli jednak do konfrontacji - grzecznie ukryli się za wydmą, zapobiegawczo przygotowali koktajli mołotowa i... dali mu przejechać.

Radek dostrzegł iż w środku są trzy osoby, w tym jedna o sporych - jak na takie sportowe cacko - gabarytach. Reszta nocy minęła spokojnie - i BG z samego rana dojechali do Kansas. Uf. Tam akcja zwolniła. Gracze przywitali się ze znajomą Klaudii - Roxie, szefową kurierów, dostawców i ogólnie ujmując: speców od transportu. Poznali też jej córkę - Natalię. Zostawili tam również Gwiazdkę - ówcześnie załatwiając sobie jod - a sami zaczęli 'badać' Kansas. Szybko odkryli co jest najciekawszym wydarzeniem ostatnich dni - Orbital ma nadawać i wszyscy regulują odbiorniki by posłuchać co tam ciekawego w kosmosie. Potem też zrobili małe zakupy - i stwierdzili, iż mając tyle forsy, sprzedadzą swego jeepa w zamian za jakieś lepsze i bardziej wybajerzone (osłony, broń, et cetera) autko - 'na specjalne okazje'. Roxie przyklasnęła temu pomysłowi - ale powiedziała, iż zajmie jej to trochę czasu (3/4 dni konkretniej).

Gracze uznali więc, że warto się rozejrzeć po mieścinie, podłapać jakąś pracę i ogólnie, popracować nad swym PR'em w myśl zasady, iż wartość człowiek liczy się ilością posiadanych przezeń wrogów ;P. Każdy więc znalazł coś dla siebie - ba, nawet Roxie zaproponowała prostą robótkę - 100 gambli za ochronę towarów, do wymiany której dojdzie nocą poza miastem (czyt. mało legalna transakcja). Pomimo to iż sugerowała, że raczej nie będą strzelać - gracze się dozbroili (i słusznie). Podłapali też robotę u niejakiego Enrique - 'szejka ropnego' Kansas, który zaoferował 300 gambli na łepka za to by BG w jakiś sposób przeszmuglowali do Kansas... cysternę z kilkunastoma tonami paliwa, która niestety znajduje się obecnie pół dnia drogi od miasta, w stronę północnego zachodu, by być konkretnym.

Gość obiecał im 'premię' w postaci 'fajnego wojskowego cacka' jeśli się sprężą. Ostrzegł jednak, iż lepiej by było gdyby straż miejska tego nie zarekwirowała + radził by uważać na mutków, którzy się w tamtych rejonach kręcą. Wypłacił też zaliczkę i dał namiary na swego osobistego goryla - Sama - który ma czekać na wieści od BG w jednym z pubów. Radek dowiedział się natomiast, iż, jeśli będzie rozpoznawalny, z pewnością znajdzie się dla niego 'brudna robota' - w sam raz dla zabójcy. Po tym wszystkim, drużyna zdrowo pospała - a wieczorem, po pobudce przez Roxie, została przedstawiona Samuelowi Lipongowi, Azjacie, który ma być gwarantem wymiany towarów z ciężarówki, która też przybyła nie miejsce spotkania.

Gracze rozstawili się w transporterze, wyjechali za miasto i... zauważyli, iż od północnej strony do miasta wjeżdża owe sportowe cacko, które widzieli w drodze z miasta mutantów. Tym razem nie było tam widać tego 'wielkiego dryblasa'. John spytał się Samuela czy wie do kogo należy ten wóz. Ten odrzekł, iż jest to auto pana  Rodrigeza, gościa handlującego samochodami bardziej luksusowymi. Przyciśnięty trochę bardziej niż zwykle Samuel zdradził też, iż nie wszystko jest takie na jakie wygląda - i że ów Rodrigez zajmuje się też 'przerzutem' ludzi (i nie tylko ludzi) z i do Kansas - w końcu mutanci jakimś cudem przedostają się do środka tego miasta. Gracze zgodnie orzekli, iż może w przyszłości gościa 'odwiedzą' i sprawdzą co ma na składzie. 

Bez przeszkód dojechali do miejsca spotkania. Sesja powoli się kończyła, więc trzeba było postawić kropkę nad i - co prawda gracze rozpoznali, iż handlują z bandytami, zachowali jednak zimną krew i nie zaczęli doń strzelać (aczkolwiek Mordecai był na pozycji snajperskiej), tylko grzecznie wypakowali towary i zapakowali gamble gangerów na swój transporter. I wtedy wjechał Klaun. John co prawda wykrył, iż bydle już wystrzeliło z 'moździerza' - niemniej było trochę za późno: bandyci zwijali się z bólu, kierowca od Samuela stracił przytomność. Zapanował chaos, wszyscy biegali jak oszalali - Mordecai zajął miejsce kierowcy i wjechał w środek obozowiska (myślałem przez chwilę, iż staranują Klauna), tam na tyły transportera wskoczył Markus, który zapakował zwijającego się z bólu Liponga i chciał to samo uczynić z Johnem, tylko...

... tylko że Johnowi (zabójcy maszyn) ta sytuacja zaczęła się podobać ;). Nie będę teraz pisał runda po rundzie co się działo - niemniej, akcja obfitowała w wiele pięknych strzałów, rzutów mołotowem oraz nader pięknym strzałem z beret w stronę spadającego na dwie ciężarówki bandytów pocisku z moździerza Klauna. Udało się też uratować 'pojmanych' przez Klauna (i przetrzymywanych w jego 'brzuchu') jeńców, w tym... Kristinę - 'szoferkę' Markusa. Gracze okazali też 'człowieczą solidarność' - uratowali również bandytów przed maszyną, którą kilka chwil później, hakami i linami przymocowali do ciężarówek, i wrócili do Kansas. Cóż, po drodze napatoczyli się na patrol straży miejskiej, który jednak był pełen podziwu dla czynu BG i nawet nie pytał co oni w zasadzie robili o tak dziwnej porze poza miastem ;P.

A w Kansas? Wprowadzenie pokonanej maszyny Molocha szybko postawiło na nogi całe śpiące miasto. Ludzie zbiegali się ze wszystkich stron, chcąc na własne oczy przekonać się, iż 'jest nadzieja' - oraz przyjrzeć się tym, którzy dosłownie wjechali z nią przez jedną z czterech głównych bram prowadzących do Kansas. Roxie opadła szczęka z wrażenia jak świetnie poszła BG kwestia wymiany towarów - i obiecała, iż pokryje wszelkie koszty zakupu i dopieszczania ich nowego wozu - gracze zyskali szacunek i reputację, która na pewno przyda im się w 'wyjaśnieniu' panu Maverickowi pewnej 'pomyłki' w Old Oaks. Jednym słowem: chwała bohaterom.

I tylko Gwiazdka może stać się osobą, która być może nieco przyćmi ogólną radość tych, którzy wprowadzili do miasta dziwnie zachowującą się maszynę Molocha, nie sprawdzając co ma w 'bebechach' (Klaun nie był uzbrojony, miał 'nietypowe funkcje', był sam). Jednak o tym czy tak się stanie - dowiemy się w następnej sesji.

Pozdrawiam,
Michał "Skryba" Ziętek.

PS. Pokoloruję gdy nadejdzie dzień ;P. Edit - done ;).
PPS. * - oczywiście prowadziłem narrację 'na dwa dni'.
PPPS. - liczba błędów ort. - szokująca. Byłem bardzo zmęczony.

4 opinii.:

Czyli już wiem że kolejna sesja zapowiada się ciekawie:P dobrze że wrzucasz notki o sesji bo mogę sobie przypomnieć co było i jak to wyglądało:P
ps. moja postać to Markus! nie Marius:P ale wybaczam:D

Poprawione - kurczę, byłem bardziej zmęczony niż sądziłem. Ale skoro i nasz Prezydent jest nogą z ortografii, myślę że mimo wszystko aż tak źle ze mną jeszcze nie jest.

Jeśli idzie o ciekawość 'sesji' - jest ona, cóż, wypadkową Waszych oczekiwań i mego prowadzenia + wartości bezwzględnej z funu przemnożonego przez 100%.

How simple it is to make a great er-pe-gie session, huh ;P?

Pozdrawiam i dzięki za komentarz,
Skryba.

PS. I tak się mnie pytacie zawsze na sesji co działo się poprzednim razem.

Pytamy to fakt:p ale mi sie zawsze myli kto jest kim, wiec jak uslysze raz,potem przeczytam to juz mniej wiecej pamietam kto swoj a kto do odstrzalu:p

... i zawisł nad Gwiazdką krzyżyk czerwony ;].

Peace,
Skryba.

Prześlij komentarz