"Po co komu gry autorskie?" - kontra.

Hejka,

Przeczytałem - z lekkim poślizgiem, ale co poradzić - ten artykuł, znanego w środowisku gier RPG w Polsce, Zegarmistrza. Pisze on między innymi to, iż: "gry autorskie służą do tego, do czego służą statki w butelkach. Statki w butelkach natomiast nie służą do niczego.". Nawet sensownie ('inaczej') tą tezę argumentuje - otóż: "sklejanie takiego statku, podobnie jak pisanie autorskiej gry - jest zajęciem bardzo absorbującym, przyjemnym, a być może nawet rozwijającym [...] Wymaga też precyzji, skupienia, dokładności i wiele serca". Logiczne? No nie. Skoro to zajęcie przyjemne oraz (...być może?) nawet rozwijające - czemu Autor artykułu na jego wstępie stwierdza, iż zajęcie to nie służy niczemu? Odpowiedzieć - niestety - nie potrafię. Chyba że kierujemy się ('modnym' ostatnio) über-pragmatyzmem, w którym nawet tak prozaiczna rzecz jak np. spotkanie z przyjaciółmi - wymaga iście heglowskiej głębi dyskusji by zaliczyć je do 'pożytecznych'.

Podobną zagwozdkę mam z logiką, którą kierował się w punkcie pierwszym swojego, cóż, nieco zgorzkniałego, wywodu - "1) Z autorskich gier nie ma kasy". Błyskotliwe stwierdzenie, pozostaje jednak pytanie czy coś co - z definicji - jest (...powinno być?) darmowe, ma za zadanie wypełnić portfel twórcy brzęczącymi 'dingami'? Osobiście sądzę, że jednak nie - ale najwyraźniej, podłóg Zegarmistrza, istnieją ludzie, którzy za rzecz w 100% 'od fanów dla fanów' są w stanie zapłacić. Założenie szczytne - chyba zresztą podobne do systemu aukcji, gdzie, jeśli mnie pamięć nie zawodzi, wystawiasz swą grę, ustalasz cenę za którą chcesz ją sprzedać, a, po skończonej aukcji, wypuszczasz pdfa w sieć jako darmochę (mogłem coś pokręcić, nie pamiętam dokładnie). Ale chyba nie o to chodziło Autorowi.

Zastanawiający jest również punkt 2) - "Twoja gra nie ma najmniejszych szans na sukces". Cóż, i tak - i nie. Warto by było najpierw zdefiniować słowo: 'sukces'. Dla mnie sukcesem byłoby wydanie własnego podręcznika. Pieniądze? - fajnie, gdyby te włożone w grę się zwróciły, ale, i tak, najważniejszą rzeczą byłaby dla mnie satysfakcja z dobrze wykonanej pracy i, a co mi tam - lans, iż własne nazwisko znajduje się na okładce czegoś co można gdzieś nabyć (czy to ze sklepowej półki czy via e-book stores). Oczywiście - publikowanie czegokolwiek jest zadaniem mozolnym oraz trudnym - a już publikowanie czegoś subiektywnie dobrego, ociera się o granice niemożliwości. Pisze o tym zresztą Troy Costisick na swym blogu - którego zresztą zachęcam do przeglądania, może notki nie pojawiają się tam tak często jak u mnie (może to i nawet lepiej) - ale, tak czy owak, są warte oczekiwania.

Aha, nie jestem przekonany czy powinienem to pisać, ale, niech stracę - Zegarmistrz odnosi się też do tematu mi dość bliskiego: recenzji. Cytując: "Nikt nigdy nie zrecenzuje żadnego systemu autorskiego. Powód jest prosty: wszyscy, poza autorami mają w jelicie grubym takie gry. Co zaś się tyczy autorów: nie jest w ich interesie recenzowanie cudzych gier. W ten sposób pomagają komuś innemu, zamiast rozwijać swój projekt.". Otóż, grzecznie informuję tego typu osoby - na moim blogu znajduje się już 15 recenzji Nibykonkursowych gier a także i 5 grajcenzji (różnych) darmowych RPG. Wydaje mi się więc, że nie mam ich oraz ich Autorów (zauważyliście, że piszę to z dużych liter - ot, szacunek, że w ogóle stworzyli swoją grę) w miejscu, w którym, podług naszego narzekacza, mają je wszyscy (aby na pewno?) zainteresowani. Oczywiście, rynek rządzi się wilczymi prawami - ale w interesie graczy jest grać w dobre gry. 'Kolesiowizmowi' mówię stanowcze 'nie'.

Propo 'kolesiowizmu' - teksty typu 'mieć promotora' albo 'mieć nazwisko' (by przebić się ze swą grą) - naprawdę źle mi się kojarzą z pewnym zjawiskiem, które dość często występuje na polskiej, hm, scenie (cyrku?) politycznej. Wróćmy jednak do tematu - 'Twoja gra i tak nikomu nie będzie się podobała'. Zawsze podziwiałem pewność niektórych ludzi w wygłaszaniu takich skrajnych tez. Nie będę wnikał w to czy samemu Zegarmistrzowi cokolwiek się podobało, ale, mówiąc za siebie, gdy mój przyjaciel podrzucił mi paczkę z darmowymi erpegami i gdy zobaczyłem parę z nich, geez, nic tylko ich Autorom - po koleżeńsku - pozazdrościć i szczerze pogratulować. By jednak nie szukać przykładów daleko - ostatni Nibykonkurs: Szczurołapy Jagmina czy Spirala w dół Oddtaila - pozycje, moim zdaniem, godne by rozegrać w nie choć jedną sesję. A za takiego Into Dreams to do dzisiaj mam ochotę pokroić Ninetonguesa za to, że wpadł na tak świetne rozwiązania tego, z czym ja męczę się od pół roku!

Zdaję sobie naturalnie sprawę, że mego bloga ogląda góra dziesięć osób (czyta być może z pięć) - i że moje skrybowe zdanie raczej w 'poważniejszych kręgach' dostrzeżone szybko nie zostanie - ale, odpowiedź na pytanie czemu, mimo wszystko, piszę recenzję darmowych (projektów/) gier RPG, czemu staram się pograć w tytuły, które mi się spodobają oraz czemu w zasadzie bloguję o tym wszystkim - bliska jest odpowiedzi na przedostatnie pytanie postawione przez Zegarmistrza (i przy okazji nieco przeze mnie sparafrazowane):

6) To dlaczego piszę autorskie gry?
Because (I hope) I can.

I tym optymistycznym akcentem - pozdrawiam wszystkich tych, którzy dobrnęli do końca tego wpisu (i ew. zostawili komentarz),

Michał "Skryba" Ziętek.

2 opinii.:

Cóż, malkontenci i frustraci rosną sami, nikt ich nie sieje. Przyznam, że artykuł Zegarmistrza zirytował mnie dość mocno, ale na szczęście miałem za mało czasu, żeby wdawać się w polemiki.

Powiem jedno - gdyby 10 lat temu Garnek miał takie założenia, jakie prezentuje Zegarmistrz, nie byłoby Wolsunga. I jak dla mnie to koniec pieśni.


l.

Mnie tego pisać nie musisz ;). A zdanie pana Z. mnie o tyle dziwi, że w sumie nie jest 'aż tak' źle jak mu się wydaje - zaś wielu komentujących ten wpis gotów jest uwierzyć, że nawet nie ma co marzyć/pisać erpegi bo to i tak nic nie da.

Ludzie są dziwni, heh.

Peace,
Skryba.

Prześlij komentarz