Nibykonkurs XVI - Menażeria.

Przyznam szczerze, nie lubię ‘karcianek’ – nie pytajcie mnie czemu, chyba po prostu uznaję je za roz(g)rywkę zbyt prostą i dającą graczom zbyt mało możliwości by poświęcać jej swój wolny czas. Odsuwając jednak na bok dywagacje czy taka osoba jak ja (‘anty-karciankowa’) powinna recenzować, cóż, grę karcianą, powiem wprost: ‘Menażeria’ nie sprawiła bym nagle zmienił swoje nastawienie, choć, piszę serio, dałem jej szansę (nawet trzy). Zacznijmy jednak od początku – instrukcji, którą (...jeśli mogę być tutaj trochę złośliwy w stosunku do pewnego ‘szablownika’) przeczytałem zanim wystawiłem jakąkolwiek ocenę projektowi, który przygotował Tomasza Kucza.

A więc (ponoć nie rozpoczyna się tak zdania ;P) – z instrukcji dowiadujemy się, mniej więcej, o co w tej ‘Menażerii’ w ogóle chodzi. Jesteśmy genetycznymi artystami, którzy uczestniczą w wielkim konkursie polegającym na stworzeniu najdoskonalszego potwora. Cel gry jest dość prosty: wyewoluować swego pieszczoszka i przy okazji pouprzykrzać nieco żywot monstrów pozostałych graczy. Brzmi to w miarę sensownie... ale niepokoi zdanie: ‘Do gry potrzeba jak największej liczby kart. W wersji 0.5 gry trzeba zadowolić się tymi, które zdążyłem przygotować.’ – co pozwala przypuszczać, że gra będzie ‘zgrzytać’.

Cóż, ‘zgrzyta’ to ona już w instrukcji...

W skrócie mogę stwierdzić, iż stracicie sporo czasu na próbach dojścia ‘co poeta miał na myśli’. Mi udało się dojść do tego, iż cała gra to takie rozbudowany domino: gracze ‘budują’ swe potwory za pomocą kart Anatomii (o ile takowe posiadają – swoją drogą, punkt 3. instrukcji jest dla mnie paradoksem), układając je oraz uważając na infekcje podkładane przez innych graczy. Potwora ‘buduje’ się przez zabieg Transplantacji (‘domino’), możemy również stosować takie oto ‘ficzery’ jak np. Atak, Infekcja, Dekorowanie czy Leczenie. Sama rozgrywka przebiega raczej rutynowo (...do czasu). Tasujemy talię kart i rozdajemy je uczestnikom, po pięć dla każdego z nich. Wszystko nawet pasuje – ale podane jest w bardzo zagmatwanej i chaotycznej formie.

Autor ma bowiem pewną tendencję do, jak to moja dziewczyna ujmuje, definiowania definicji definicją. Możemy więc np. doczytać, iż: ‘wydarzenie polega na wyłożeniu karty wydarzenia’ - hm, odkrywcze ;). Czyni też to, co jest zmorą wielu projektów autorskich - używa terminów mechaniki, które opisuje wiele linijek dalej, skutecznie dezorientując Czytelnika. Zaskakujące jest również nadmierne skomplikowanie mechanizmu infekowania i atakowania (pojawia się nawet kostka sześciościenna oraz... quasi-system ‘deendekowskiego’ testu na trafienie). Poza tym, wg Autora, grę zaczyna ten, kto otrzyma ‘ostatnią kartę’ a w praktyce ‘start’ wybiera ten, kto akurat rozdaje (bo przecież każdy z graczy otrzymuje 5 kart – a rozdający decyduje ‘od kogo’ się zacznie, ergo: ma on realny wpływ na to, kto otrzyma ostatnią kartę [...o ile chodzi o sytuację, w której każdy uczestnik gry, poza jednym, ma już 5 kart w dłoni]). Zagmatwane, nieprawdaż? Niestety, jak cała instrukcja.

W tym wszystkim chyba najłatwiej doczytać się tego jak się tu wygrywa – prezencją ;) (którą liczy się pod koniec rozgrywki, uwzględniając wszystkie ujemne i dodatnie modyfikatory). A, nim wreszcie przejdę do kart, mały bubel Panie Autorze. Doceniam oczywiście, iż zawarłeś zgrabny opis karty w instrukcji – ale dam sobie piątą kończynę uciąć jeśli wskażesz mi gdzie widać na niej cyfrę pięć, która oznacza wiele interesujących rzeczy (Autor najwyraźniej podstawił złą kartę, w której zamiast 5. widnieje 3.). I tym spostrzeżeniem, zagłębiamy się w przygotowane przez Autora karty.

Widać na nich wyraźnie, iż założeniem ‘Menażerii’ jest wywołanie uśmiechów na twarzach graczy. Kilka kart rzeczywiście spowoduje pojawienie się u Was swoistego banana na twarzy (‘laserowe oczy’ rządzą ;P). Jednak jeśli idzie o ich jakość i 'sensowność', cóż, poziom jest bardzo nierówny – nic dziwnego zresztą, skoro np. obok Dr Housea pojawia się... wiewiórka z Three Happy Friends. Wszystko to wygląda tak jakby Autor wybrał sobie o czwartej w nocy 44 losowych grafik z sieci i, gwałcąc wszelkie zasady mej estetyki, stworzył ‘coś’, co spokojnie mogłoby wygrać w jego ‘Menażerii’ w kategorii najbardziej kuriozalnego monstrum ;) (...przy czym trudno uznać to za komplement ;P). Wielka szkoda, bo niektóre karty (np. 'Laserowe oczy')  przygotowano z autentycznym polotem i zabawnym komentarzem.

Ok, co więc ja mam w podsumowaniu o tej ‘Menażerii’ napisać? Skryba nie lubi karcianek = Skryba nisko ocenia karcianki ;)? Aż tak dobrze nie będzie. Powiem tak – na obecną chwilę: jednak nie polecam. Instrukcja naprawdę potrafi dopiec, zasady gry są bardzo chaotyczne, karty prezentują nierówny poziom – jedyne do czego nie można się przyczepić to... hm, no właśnie, do czego? Pomysłu? Humoru? Próby stworzenia prostej gry, z której będziemy czerpać frajdę z bycia ‘szalonymi naukowcami’? Cóż, nie idea jest ważna a jej realizacja. A ta, niestety, na każdym kroku udowadnia, iż ‘Menażeria’ ciągle jest wersją demonstracyjną.


Plusy:

- humor?

- pomysł

Minusy:

- jego realizacja;

- nieprzemyślana instrukcja;

- nierówne wykonanie kart;

- to bardzo wczesne demo...

Ocena:

3.5/10


PS. 'Pokoloruję' i poprawię jak tylko znajdę czas ;) [EDIT: Nieaktualne :P].

2 opinii.:

Hehe, dzięki za recenzję. :)

"Wszystko to wygląda tak jakby Autor wybrał sobie o czwartej w nocy 44 losowych grafik z sieci" - tak właśnie było. :lol: Szczególnie że totalnie się nie wyrabiałem z czasem, okazało się, że robienie karcianek jest znacznie bardziej pracochłonne niż erpegów. :)

Czekam(y) na wersję 1.0 gdy tylko znajdziesz czas ;). W końcu, pomysł wart doszlifowania!

Peace,
Skryba.

Prześlij komentarz