Zapiski z sesji #6! - Warhammer #1 - kampania: Czarna Perła (VI)

Aloha!
O perypetiach pod przykryciem... czyli o sesji, której nie było ;P. A poważniej - kolejnej sesji RPG faktycznie miało nie być. Nie zdziwiło mnie "rychłe" powiadomienie dwóch graczy o ich absencji (cóż - przywykłem), więc poinformowanie pozostałej dwójki o odwołaniu sesji było już tylko formalnością techniczną. Po tych smsach oczywiście dałem sobie już spokój z dokończeniem scenariusza (w końcu po co go kończyć, skoro i tak sesji nie ma?) i powziąłem nader ambitną próbę rozpracowania ćwiczeń z zakresu ekonomii, tylko po to by, z jakąś godzinę później, wszystko odkręcać - gdyż jedna z graczek, mimo wszystko, zdecydowała się przyjść. Przez co, mając już trzech graczy, sesja mogłaby się odbyć - i, fakt faktem, się odbyła (z lekkim, 15-minutowym, poślizgiem, zostałem przytrzymany przez profesora dostającego istnych orgazmów na wykładzie o końcu kolekcji sztuki).

W przeciwieństwie do poprzednich sesji, postanowiłem jednak narzucić BG pewne tempo. Powoli kampanię trzeba kończyć - a tu jeszcze tyle spraw do zrobienia ;P. Tak czy owak, smagani mymi "licznikami" (wyjaśnię kiedyś co to na moich sesjach oznacza i skąd w ogóle owe "liczniki" mi się tak wzięły w RPG), błyskawicznie przebyli pierwszą "przeszkadzajkę", tzn. zamurowaną część kanału (Osky wystąpił gościnnie w roli buldożera), szybko spenetrowali spiżarnię/magazyn oraz sprowokowali pewnego biednego strażnika by wszedł do pomieszczenia z czekającą na niego warbandą. I to tyle jeśli idzie o tą "łatwą" część (jedna z graczek uznała nawet, że idzie im zbyt łatwo - cóż, nasz klient nasz pan ;P). Potem niestety BG trafili na kamienne, otwierające się magią, drzwi z zasuwką, co jasno dało im do zrozumienia, iż potrzebują hasła.
... które wydobyli z owego nieszczęśnika, który miał pecha wkroczyć do spiżarni, został dosłownie spałowanym przez krasnoluda i, po wcześniejszym obszukaniu, wrzuconym do beczki. Cóż, parę chwil i policzków później, BG znali już hasło i, cóż, to co napisałem kilka linijek wyżej (pałowanie i wrzucanie do beczki) wystąpiło w powtórce ;). Po tym wszystkim, BG bez problemu wkroczyli do kolejnego pomieszczenia ze strażnikiem i nakłamali mu o tym, jakoby znów ktoś zaatakował budynek Złotej Ordy (i, tak, znów użył kanałów - totalny idiota, nieprawdaż ;P?). Strażnik chciał co prawda wszcząć alarm - ale nie zdołał dobiec do kolejnych drzwi (został pochwycony lassem Gattsa i obkopany przez pozostałych BG, po czym, zgadliście, trafił do beczki w spiżarni ;]).
BG zignorowali jedno z pomieszczeń i władowali się prosto do sali treningowej z instruktorem oraz sześcioma żółtodziobami. Po zaprezentowaniu umiejętności walki adekwatnej do poziomu członków Złotej Ordy (6:0 dla Oskyego), pełen podziwu instruktor przepuścił drużynę dalej, sam zostając i zajmując się poszkodowanymi. W tym momencie BG wreszcie dostali się na "parter" - i tu niestety szczęście ich trochę opuściło, gdyż zbytnio zamarudzili i ostatecznie podpadli wybitnie pesymistycznemu oraz ubolewającemu nad poziomem inteligencji niektórych ludzi ze Złotej Ordy recepcjoniście, który kazał im się wynosić na zewnątrz kwater i znalezieniu sobie kogoś innego do psychicznego maltretowania.
Na zewnątrz wesoła drużyna dość sprytnie (plusy, plusy!) podeszła kilku odpoczywających strażników, wyciągając z nich wszelkie informacje, pozwalające BG obmyślić parę planów działania - i poznać wiele plotek, które rozchodzą się pośród garnizonu Złotej Ordy (zdecydowanie najciekawszą z nich jest to, że ostatnio pochwycili oni pewnego akolitę, legitymującego się nazwiskiem Amnell - takim samym, które używa BG Kasi - Kahlan). Po krótkiej dyspucie co i jak, BG postanowili odnaleźć Reda, czyli jednego z czterech przybocznych dowódców Sir Nicholasa - po to by, dzięki niemu, dostać się do "szefa szefów" Złotej Ordy (obecnie przebywającego w łóżku pod czułą opieką swego zaufanego medyka - tuż pod okiem maga, odmawiającego podania komukolwiek swego imienia).
Szczęśliwie dla BG, recepcjonista miał wybitnie dość Gattsa (odgrywającego totalnego idiotę) - takoż i sami strażnicy broniący dostępu do pierwszego piętra budynku, kiedy tylko usłyszeli, iż BG mogą działać na zlecenie Reda, przepuścili ich bez wahania do górnej części budynku. Tutaj, w większości wypełnionym przez koszary i prywatne kwatery obszarze, szybko spotkali niemego (i bardzo posępnego) Reda, któremu, dość nerwowo, opowiedzieli o spisku. Co prawda śmiałem się w duchu, że w jednej wstępnej wersji scenariusza to właśnie Red był zdrajcą w obozie Złotej Ordy - ale ostatecznie, po udowodnieniu szczerości swoich słów i czynów (nie bez paru "zgrzytów" co prawda), czarnoskóry oficer zaprowadził ich prosto na drugie, ostatnie piętro budynku, gdzie czekał już na nich... mag (konkretniej zaś - demonolog). Przeczytał on listy, które BG wykradli Wielkiemu Mistrzowi i orzekł, że siły chaosu planują atak w święto Samhain oraz, że sam atak jest w jakiś sposób powiązany z kapitułą magów w Edenburgu. Niestety, bez dogłębniejszego zbadania ich treść jest zbyt enigmatyczna by na 100% ustalić pozostałe szczegóły.
Mag poprosił Reda by osobiście pilnował Mostu Kruków (bramy, przez którą można dostać się do północnej części miasta), sam zajął się badaniami nad Czarną Perłą (potwierdził, iż jest ona esencją mocy lisza - i jeśli tylko udałoby się ją zniszczyć Wielki Mistrz przestanie być większym problemem) po czym polecił BG porozmawiać z Sir Nicolasem, ówcześnie pozbawiając ich wszelkiej broni. I tak oto, po wielu sesjach, BG w końcu dotarli do swego nowego zleceniodawcy ;). Popełnili jednak, hm, błąd zawierzając jego medykowi i wyjawiając mu w bezpośredni sposób powód wizyty. Jak to zwykle bywa, nikt nie wypił zatrutego wina podanego przez medyka, jednakże, chwilę później, było już jasne, iż to właśnie on, jako doppelganger (zmniennokształtny), jest zdrajcą, pracującym dla firmy Velmont & S-ka. W sumie, chciał zabić Nicolasa i zwalić całą winę na BG.
Cóż, PRAWIE mu się to udało (niestety, kostki bywają okrutne) - po tym jak Oskyemu i Kahlan nie udało się zasłonić Nicolasa, zaatakował - wystrzeliwując zatruty z kuszy bełt, który, niestety, nie trafił. Po tej akcji, Gatts chwycił za ukrytą pod łóżkiem automatyczną kuszę (Nicolas szeptem poinformował o niej BG Kasi) i oddał celny, acz niezbyt groźny, strzał. W kolejnej turze, "medyk" także wyprowadził skuteczny atak z kuszy - trafiając jednak, bez większych obrażeń, w BG Marty. Tutaj do akcji wkroczyła Kahlan, która postanowiła zwrócić uwagę demonologa na to co się tutaj dzieje - udało jej się na tyle dobrze, że w tej samej turze wróciła z powrotem do Nicolasa i rozpoczęła proces ochraniania go swym własnym bius... ekhym, ciałem - zrzucając w ten sposób z Oskyego ten obowiązek. Po tym jak BG Radka pięknym trafieniem pozbawił zmiennokształtnego jednego oka - krasnolud pozbawił go ręki. W najbardziej krytycznej chwili walki do pomieszczenia wpadł również demonolog, którego oszukać chciał dopplenganger (zmienił się bowiem w Kahlan i chciał, wykorzystując element zaskoczenia, zrzucić na prawdziwą postać Kasi odpowiedzialność za bycie nim samym - skomplikowane, wiem ;P). 
Ostatecznie jednak demonolog nie dał się nabrać (ach, kości) i bezpardonowo spopielił fałszywą Kahlan za pomocą kuli ognia, kończąc tym samym jakże emocjonującą sesję pełną intryg i wywiadu ;). Cóż - pozostaje tylko wpisać w końcu te punkty doświadczenia.
I serdecznie wszystkich pozdrowić ;),
Michał "Skryba" Ziętek.
PS. I tak oto dwudziesty post na mym blogu, stał się faktem :D!

0 opinii.:

Prześlij komentarz