Ja - Gracz.

Hejka,

Dzisiaj nieco bardziej osobiście niż zwykle - na patelni: sprawa bycia graczem ;P. Odpowiednio nastrojony przez legendę stali, zamierzam troszeczkę sobie pogdybać nad kwestią, którą dawniej uznawałem za wszelką świętość, monument całego świata RPG: MG to nie gracz. Owszem, siedzi sobie przy tym wspólnym stole, coś tam gada i rzuca kośćmi. Fajnie. Nie ma jednak swojej postaci (więc karty postaci również nie ;)), ma kolosalną przewagę nad każdym innym graczem i generalnie nie ma "zasad dla siebie" - za to musi, biedaczek, przyswoić sobie zasady dla innych. I jak takiego człeka można tu nazwać pełnoprawnym graczem? - no nie można, i basta, albo nawet baszta. Cóż, do dziś zresztą nie mogę rozwiązać iście filozoficznej dywagacji zamkniętej w pytaniu: czy Mistrz Gry może mieć swoją postać? Zostawmy to jednak na później (o ile uznam, że jest to jakaś ważna rozprawa - póki co traktujcie to jako mamrot zgreda prowadzącego ;P) - dawniej po prostu MG = wszystko, tylko nie gracz (a przynajmniej moim zdaniem).

Potem jednak pogląd mi się zmienił - podejrzewam, że ma to związek z tym, iż od dobrych trzech lat nie byłem "szeregowym" graczem ;P (nie wliczam tu dwóch pseudo-sesji WHFRPG u pewnego MG, u którego opis stolicy Imperium sprowadzony został do 2. zdań na temat jednej ulic [autentycznie! - kiedy wyjeżdżaliśmy z miasta spytałem nawet czy to aby nie była jakaś wieś]). Ergo: zacząłem, w nieco chaotyczny sposób, dostrzegać, iż wcale nie jest tak fajnie być MG kiedy większość (hm, jeśli nie wszystkie...?) klasycznych podręczników nie daje mu żadnych fajnych zabawek (tj. mechaniki), nie pomaga mu w przygotowaniu scenariusza (mi w każdym bądź razie rozdział o prowadzeniu narracji w Wampirze: Maskaradzie specjalnie nie pomógł - w innych podręcznikach World of Darkness wcale z tym nie lepiej) i, creme de la creme, zwala odpowiedzialność za całą sesję na jego barki - często przeginając z górnolotnymi frazami na temat "wielkiej, odpowiedzialnej i najważniejszej" funkcji prowadzącego w grze (...kto czytał tzw. "Księgę Bajarza" z Wiedźmin: Gra Wyobraźni, ten wie jak żenujące to w niektórych momentach było).

Wszystko to, zebrane w jedną całość, spowodowało wkrótce zapalenie się nad mą głową wielkiego czerwonego neonu: "Osioł!" ;). Taka eureka na skalę mego erpegowego świata, zbita w cudownie prostą myśl: po jaką cholerę ja się tak męczę?! - w końcu, też chcę grać (i chcę cieszyć się grą), czemu więc nikt w podręczniku mi tego zadania nie ułatwia? Cóż... szybka odpowiedź przyszła rotacyjnie, tak jak klątwa, która ciągle powraca: bo nie jesteś graczem, misiu gry. Brutalnie banalne stwierdzenie ;P - niemniej jednak, nad wszech miar mnie bolące. Uznałem jednak, że mam pewną przewagę nad tą klątwą - "złota zasada RPG" (MG ma zawsze rację), którą szczerze nie lubiłem, ale która to pozwoliła mi na pewną wredną dywersję.
Począłem mianowicie eksperymentować, biorąc wpierw na ostrze mój ukochany World of Darkness:

- Wampir: Maskarada (gothic-punk z przełomu XX/XXI wieku), dziejący się w trakcie II WŚ w II Rzeczpospolitej (Lwów), gdzie drużyna BG prędzej by się zabiła niż współpracowała? (wampir, łowca wampirów, mag, nieśmiertelny) - no problem, dwanaście rozbudowanych scenariuszy (w tym 4 preludia) i iście epicki finał. Wszyscy się dobrze bawili, w tym również ja sam (choć nie powiem, przy tym pierwszym eksperymencie w paru momentach jednak zwątpiłem - ale, jak to mówią, nauka wymaga poświęceń a ćwiczenie czyni mistrza ;P),

- Wampir: Maskarada, dziejący się w trakcie rosyjskiej rewolucji w pierwszym dwudziestoleciu XX wieku, gdzie w drużyna BG (100% wampiry z Camarilli [dla uproszczenia: "dobre" wampiry]) współpracuje z: Wilkołakami (statystyczny wampir, ma szansę pokonać w walce 1/10 typowego wilkołaka), Magami (tu już nie ma żadnej statystyki - wampir nie ma szans pokonać maga w "uczciwej" walce) oraz z Sabatem (główny antagonista Camarilli - wystarczy za komentarz) - why not! Finału nie było (bo jedna z graczek totalnie pokpiła sprawę), ale przednia, "obustolna", zabawa i owszem ;),

- Wreszcie, Wampir: Maskarada, dziejący się w czasach prohibicji w USA - strzelaniny, pościgi i mafia w natarciu. Gothic-punk? - a gdzie tam, chyba tylko w którymś kościele podpalonym przez drużynę BG ;P. Drama? - w życiu, poza scenariuszem/eksperymentem, w którym BG odgrywali przez pół sesji swoich przeciwników. Fun for all? - jak najbardziej ;)! Choć, niestety, kampanii się znów skończyć nie dało - sesja normalna zbliżyła się stanowczo zbyt szybko by można było prowadzić w rozsądnych terminach sesję erpegową.
A dzisiaj? - prowadzę Warhammer Fantasy Role Playing Game I ed. (musiałem jednak zwolnić z WoDem ;P), gdzie natychmiast usunąłem w cień klasyczne dark fantasy polegające na notorycznym gnębieniu i mieszaniu z błotem BG, stawiając raczej na wspomnianą już zasadę: fun for all. Póki co - wszyscy dobrze się bawią, nie zwracając zbytnio uwagi na to, że w "prawdziwym" Kislevie bardzo "imperialne" organizacje pokroju Purpurowych Proporców, Złotej Ordy czy Kling, raczej by istnieć - w sposób przedstawiany na sesjach przeze mnie - nie mogły.

Podobnie jak i Wampir: Maskarada nie mógłby dziać się w rewolucyjnej Rosji ostatnich carów.

Mi to jednak nie przeszkadza - moim graczom chyba też nie ;P.

Michał "Skryba" Ziętek.

PS. I tylko jednej rzeczy nie udało mi się wyeliminować owym eksperymentowaniem - wrodzoną wielu prowadzącym tęsknotę do odgrywania swojej własnej postaci.

0 opinii.:

Prześlij komentarz